Cyganskie Zycie - listy - Archiwum |
|
Cyganskie Zycie 1 (Marzec 2002) Powrot do najnowszych listow
|
| Cyganskie Zycie 1 (Marzec 2002) |
|
Drodzy Przyjaciele, A wiec moje zycie cyganskie zaczelo sie dzisiaj 2 marca 2002. Jestem w drodze na Madagaskar gdzie zostane przez dwa miesiace. 4 maja lece do Afryki Poludniowej i przez 5 miesiecy bede wedrowac az do Egiptu. potem 4 miesiace spedze w Afryce Zachodniej i pod koniec lutego 2003 powinnam dotrzec do Polski. Jestem szczesliwa ale tez mam pewne leki. Wierze jednak w siebie. Dziekuje wszystkim za bycie w moim zyciu, za przyjazn i ciesze sie ze bede mogla utrzymac kontakt. Jesli ktos NIE CHCIALBY byc na mojej liscie to bardzo prosze o powiadomienie mnie. trip itenary - http://www.basia.meder.net/africa/africa_itinerary.htm
Zycze wszystkim spelnienia wlasnych marzen. Serdecznosci i buziaki, Basia Top
|
| Cyganskie Zycie 2 (9 Marzec 2002) |
|
Moj plan prowadzil mnie do Madagascaru ale rzeczywistosc okazala sie inna. Od 2 do 7 marca niespodziewanie bylam w Afryce, w Johanesburg. Dwa razy lot na Madagascar byl skasowany ze wzgledu na nagly stan wyjatkowy-polityczny na Madagascarze i zamknieciu czasowym lotniska. Air Madagascar dal mi bezplatny hotel na 2 noce w Johanesburg. Potem przenioslam sie do miasta, do czlonkow Servas - Christine and Alister oraz ich corek Pia i Jana. Poznalam wiec troche zycia w dzielnicach Johanesburg, mile i spokojne, przypominajace Australie. Zwiedzilam rowniez halasliwe i brzydkie ale tez ciekawe przez innosc centrum miasta. Mialam nareszcie tez mozliwosc wypoczynku i nabralam troche nowej energii. Teraz moge sie przyznac, ze wyladowalam w Johanesburg bardzo zmeczona fizycznie, emocjonalnie i psychicznie. Powodow na to bylo wiele. Tak wiec pierwsza przerwa przydala mi sie bardzo. Mialam tez mozliwosc posmakowania troche Afryki i jestem zafascynowana czekajaca mnie pozniej przygoda. Wykorzystuje ten list na kilka refleksji z ostatnich tygodni. Jak wspomnialam wczesniej, przed wyjazdem pozbylam sie wszystkich swoich rzeczy w Canberra (sprzedalam lub rozdalam). Zostaly mi tylko ksiazki, fotografie i filmy oraz pamiatki z podrozy. Tak wiec mam poczucie WOLNOSCI i niezaleznosci. Dom swoj wynajelam, dzieki czemu moge pokryc calkowite koszty bankowe, agenta oraz miejskie oplaty i ubezpieczenia. Dla mnie nic z tego nie zostaje. Przed wynajeciem zrobilam remont domu, pomalowalam, wysprzatalam, wypralam zaslony i umylam okna. Oprocz pakowania byla to ogromna praca fizyczna. We wszystkich tych pracach pomogl mi bardzo Krzysiek, moj syn, za co jestem mu ogromnie wdzieczna. Wiekszosc rzeczy i mebli dalam Krzyskowi, ktory dzieki temu urzadzil swoje nowe mieszkanie wynajete do spolki z przyjacielem. Ze smutkiem musze wspomniec, ze rodzina Krzysia ostatecznie rozpadla sie. Jest to bolesne i dla niego i dla mnie. Krzysiek koncentruje sie teraz na rozbudowie swojego biznessu - internet network & support. Moze ktos w Canberra potrzebuje wsparcia technicznego? Polecam Krzysia uslugi. Jego dane sa na koncu listu. Ciesze sie ogromnie, ze w ostatnich miesiacach moglam goscic w Australii swoja dzielna Mamuske. W tym czasie spedzilismy wiele chwil razem z Krzysiem oraz jego dwojgiem dzieci. Bliskosc i milosc rodzinna dala nam bardzo duzo. Dodatkowo ja spedzilam tez troche czasu z dwojgiem specjalnych dzieci moich przyjaciol, Agatka i Tomaszkiem. Jestem uhonorowana byciem ich matka chrzestna (zobaczcie moj Website/Strone - My Family). Stale mile wspominam moje pozegnanie z przyjaciolmi w lutym w moim ogrodzie. Mam w pamieci radosne i zyczliwe twarze i ciesze sie ze z usmiechem moglam wszystkich pozegnac na wiele lat. Ciesze sie ze nasze przyjaznie wzbogacaja nas nawzajem. Dziekuje tez wszystkim, ktorzy wsparli finansowo realizacje mojego marzenia - przelotu balonem. Tak, tydzien przed opuszczeniem Australi, 23 marca 2002, Krzysio zawiozl mnie o swicie na ta kolejna przygode. Pogoda byla cudowna, bezchmurne niebo. Slonce wyjrzalo spoza gor. Ogromny zolty balon z wiklinowym koszem i 7 osobami lekko uniosl sie w powietrze. Cudowne uczucie. Bylam nasycona niemalze dziecieca radoscia i niezwykloscia doswiadczenia. Patrzylam z gory na znajome ulice, domy, parki i zegnalam Canberra, zegnalam ludzi wsrod ktorych bylam przez ostatnie 17 lat. Popijajac szampana przy sniadaniu w hotelu zyczylam wszystkim przyjaciolom spelnienia tez ich marzen (zobaczcie na moj Website/Strone - Balloon Adventure). Przy tej okazji wspomne o budzecie mojej wyprawy. Wiem, ze dla prawie wszystkich jest to zupelna abstrakcja (oprocz Polskich przyjaciol - obiezyswiatow). A wiec moja stawka dzienna wynosi srednio 35 dolarow australijskich. Jest to wysokosc mojej emerytury jak rowniez ogolnej orientacji kosztow podrozowania po Afryce z informacji przewodnikow. Mam dodatkowa rezerwe na transport lub nieprzewidziane sprawy. Tak wiec mozecie byc spokojni, wierze w siebie i mam wystarczajace fundusze na bezpieczne podrozowanie. Jednoczesnie niektorzy moze zrozumieja ze mit ze jestem milionerka jest nieprawdziwy, chyba ze chodzi o moje wewnetrzne bogactwo doswiadczen. Jestem niepoprawna marzycielka wyrzekajaca sie wielu codziennych wygod i przyjemnosci aby zrealizowac swoje marzenia. Na koniec chcialabym wrocic do okresu sprzed wyjazdu z Australii. Chcialabym serdecznie podziekowac:
Dziekuje tez wszystkim ze jestescie w moim zyciu jako Przyjaciele. No a wiec pare slow o Madagascar. Od wyladowania 7 marca nie bylo mi latwo. Banki zamkniete, ulewa, brak taxi(brak benzyny-sytuacja polityczna) itd. Ale dalam sobie rade. Pomogla mi Patricia z Servas. Pierwsza noc spedzilam w hotelu w Antaranarivo, stolicy, dzieki temu moglam wymienic pieniadze. Teraz jestem u Patricia i jej rodziny. Jest relaksowo. W poniedzialek ruszam na poludnie. Jest cieplo, zycie proste ale ludzie niezwykle serdeczni i usmiechnieci. Moje najwieksze obecne wyzwanie to nauka jezyka francuskiego i malagaskiego. Zalaczam wiele serdecznych ucalowan, Basia Top
|
| Cyganskie Zycie 3 (16 Marzec 2002) |
|
Drodzy Przyjaciele, A wiec moja sytuacja podroznicza znormalizowala sie znacznie. Pierwsze dni na Madagaskarze od 7 marca nie byly latwe. Banki sa zamkniete , stacje benzynowe tez, wiele drog jest zabarykadowanych a zycie codzienne ludzi znacznie bardziej skomplikowane. Przy tym wszystkim zadziwiajacy jest ogolny spokoj ludzi i ciagly usmiech na twarzach. Dla mnie jest to bardzo pomocne i dzieki temu kontynuje swoja wedrowke. Udalo mi sie dotrzec na poludnie, najpierw do Ansirabe i okolicznych wiosek, potem do Ambositre i okolicznych wiosek. Wczorej dotarlam do Fianarantsou, ok 400 km na poludnie od Antanararivo (stolicy). Predkosc podrozowania jest ok 40km/godz i po drodze trzeba pokonac nieraz klopotliwe barykady na drodze, zatrzymac sie przy wielu posterunkach policji i wojska. Ale wszystko jest ze spokojem i usmiechem. Po drodze udalo mi sie zobaczyc wiele wiosek lezacych na rozleglych wzgorzach tarasowo pokrytych tysiacami soczysto zielonych pol ryzowych, kukurydzy i wielu warzyw. Jest to koniec pory deszczowej a wiec zielen jest wszedzie. Ludzie sa bardzo mili. Usiluje uczyc sie jezyka Malagasy jak rowniez francuskiego. We Fianarantsou zatrzymam sie chyba dwa tygodnie. Od poniedzialku zaczynam codzienne lekcje francuskiego z nauczycielem. Jednoczesnie bede zwiedzac okolice. Ze wzgledu na trudna sytuacje kraju niestety Sandra prawdopodobnie nie bedzie mogla do mnie dolaczyc jak planowalysmy. trudno jest sie teraz tu dostac. Ja jestem jedynym turysta w kazdym hotelu. Ale mam szczescie, spotkalam pomocnych ludzi, mam dosc pieniedzy i zostane tu chyba do konca kwietnia. Wczoraj mialam ogromne szczescie poznac swietnego tytejszego fotografa Pierre Man. Calusy dla wszystkich, Basia Top
|
| Cyganskie Zycie 4 (25 Kwiecien 2002) |
|
Madagascar, wyspa-kraj, ktorego sama nazwa wzbudza egzotyczna wyobraznie, stal sie poczatkiem mojej rocznej podrozy afrykanskiej. Pierwszy miesiac mojej podrozy byl pelen kontrastow, doswiadczen i przygod. Ze swiata mojego codziennzgo intensywnego zycia w Australii przenioslam sie gwaltownie w bardzo proste i skromne zycie stale usmiechnietych Malagajczykow. Nieoczekiwanie stalam sie rowniez swiadkiem waznych wydarzen politycznych i historycznych tego kraju. Utrudnilo to bardzo moje podrozowanie i uniemozliwilo realizacje wielu planow, min wedrowki po kilku parkach z Sandra, przyjaciolka z Australii. Nie mogla juz ona dolaczyc do mnie poniewaz juz nie dostala wizy ze wzglzdu na niebezpieczna sytuacje. Od pierwszych chwil czulam swoja izolacje bedac jedyna turystka, vazaha biala skora, obcy. Na kazdym kroku kontrastowalam z ciemna skora mieszkancow. Pomimo tego czulam sie dobrze, w czym pomocny mi byl niezwykle serdeczny usmiech Malagasow, ktory towarzyszy im nieustannie w codziennym zyciu, nawet w trudnej sytuacji politycznej. Ich zycie, szczegolnie poza miastami, jest bardzo proste, czesto stanowi przetrwanie. 80% spotkanych przeze mnie Malagasow chodzilo boso. W mijanych i odwiedzanych wioskach w gorach ludzie zyja w prostych domach, zbudowanych z gliny lub czerwonej, niewypalanej, recznie robionej cegly. Domy maja male okienka bez szyb z drewnianymi okiennicami zamykanymi na noc lub w czasie nieobecnosci. W wiekszosci wyposazenie domow jest proste, tylko niezbedne do spania i pretrwania, bez elekrycznosci; Male paleniska na wegiel drzewny stanowia kuchnie. Pobliski strumien lub rzeka sa lazienka i pralnia. Domy zgrupowane sa po kilka lub kilkanascie tworzac czerwonawo-kremowa plame w krajobrazie soczysto zielonych pol ryzowych, kukurydzy i cassavy pieknie polozonych tarasowato na stokach wzgorz. Nie wiele zmienilo sie tu od stu czy dwustu lat. W miastach w wielu miejscach widoczna dla mnie byla ogromna nedza, bezdomnosc. Ocierajac sie o to wielokrotnie mialam poczucie wielkiego smutku i bezradnosci. Czuje troche przerazenie tego co moge zobaczyc w Afryce w dalszej podrozy. Pierwsze dni na Madagascarze spedzilam w Antanarivo, stolicy kraju, sparalizowanej trudna sytuacja polityczna. Ostatni prezydent kraju nie chcial zaakceptowac wynikow wyborow i ustapic z rzadu. To spowodowalo serie strajkow i zbrojnych akcji w calym kraju. Moimi pierwszymi gospodarzami byli Paticia i Mamy, czlonkowie Servasu. Gdy, po klopotach, udalo mi sie wymienic pieniadze, szybko stalam sie multimilionerka frankow malagajskich, ktorych inflacja postepuje szybko. Z ulga opuscilam brudne miasto i pojechalam na poludnie. Udalo mi sie przedostac przez wiele barykad drogowych a kierowcy znajdowali benzyne kupowana nielegalnie. Mijane wioski gorskie, otwarta przestrzen szybko dodala mi optimizmu, odwagi i nadziei. Pierwszy raz wedrowalam waskimi przesmykami miedzy polami ryzowymi, ogladalam prace polowe, obserwowalam ptaki I przyrode. Klimat tutejszy w gorach jest cieply, tropikalny. W marcu bylo bardzo zielono po konczacej sie porze deszczowej. Noce byly chlodniejsze bo wiekszosc czasu spedzilam na wysokosci troche ponad 1000 m. Drugi tydzien spedzilam w Fianarantsoa, miasta uniwersyteckiego. Udalo mi sie znalesc nauczycielke francuskiego i czas od switu, 5 rano, do czesto 8 wieczor wypelnilam intensywna nauka dla mnie zupelnie nowego jezyka. Pelna wiedzy planowalam wiecej praktyki ale niestety kolejny tydzien okazal sie bardzo burzliwy w Fianaratsoa. Stalam sie swiadkiem u progu mojego hotelu i na ulicy strajku i zbrojnego zajscia miedzy mieszkancami i wojskiem. Walka tego dnia zakonczyla siz smiercia mlodych osob. W pozniejszych dniach i tygodniach bylo wiecej osob ktore zginely. Ja bylam w centrum terenu akcji. Strzaly, tlumy ludzi, pozary widzialam z okna. W koncu wzbudzilo to moja nerwowosc. trudno mi bylo koncentrowac sie na nauce mimo ze probowalam. W koncu zmuszona bylam przeniesc sie do innego hotelu. Moim wyzywienien byly w ciagu dnia owoce (banany, pokanela, pomarancze, avocado) oraz pieczywo. Wieczorem jadlam typowe malagajskie jedzenie ryz z miesem i jarzynami. Wiekszosc Malagajczykow je ryz trzy razy dziennie. W kazda niedziele w Fianarantsoa chodzilam na msze do katedry, chcac poznac tez i ta czesc lokalnego i odswietnego zycia. Piekne, rytmicznie i radosnie spiewane piesni wypelnialy przestrzen kosciola. Czulam sie wspaniale w tej atmosferze. W tym miescie zaprzyjaznilam sie z dwoma mlodymi studentami Haja i Ken, ktorzy chcac cwiczyc angielski towarzyszyli mi w wielu dziennych wedrowkach po okolicznych wzgorzach. Ken poznal mnie tez ze swoja poezja, romantyczna, smutna i refleksyjna, ktora tlumaczyl mi na angielski. Haja poznal mnie z cala swoja serdeczna rodzina mieszkajaca w malutjich, ciastych i skromnych pomieszczeniach ale bardzo goscinnych. Wielkanoc spedzilam wsrod mlodej rozspiewanej grupy z lokalnego choru. Zabrali mnie do pobliskiej wioski gdzie zanocowalismy. Bylo 15 osob, 5 gitar, duzo radosci, smiechu, spiewu, dobre jedzenie i nawet lokalny rum. Te chwile i spotkani ludzie na zawsze pozostana mi w sercu i pamieci. Jednym z najpiekniejszych i niezapomnianych chwil byl dla mnie czas spedzony w wiosce Kena, okolo 40 km za miastem. Pomimo napietej sytuacji w miescie i kraju ja czulam sie jak w raju. W rozleglej dolinie, u podnoza steromych skalnych scian lezala wioska zlozona z kilkunastu tradycyjnych domow z gliny. Wszyscy krewni Kena. Wokol setkami pietrzyly sie tarasowate poletka ryzu, kukurydzy, cassavy i innych upraw. Potoki rozplataly sie na wiele strumieni, skierowane przez czlowieka, do nawadniania pol. Byla to tez kraina gujawy, dla mnie nowego owocu pycha i mialam pele obzarstwo. Mialam mozliwosc poznac wiele smakow kuchni Malagasow, wziasc udzial w ich pracach polowych. Wielka radosc byla gdy dolaczylam sie do mlocenia ryzu. Garscie lodyg uderzalam o kamien powodujac spadajacy wokol deszcz ziarna, ktore potem suszone bylo na ziemi. Od tego czasu ryz nabral dla mnie zupelnie nowego smaku i znaczenia. Zegnajac sie z wioska pozostawialam za soba wiele radosci, usmiechnietych dzieci umiejacych liczyc do dziesieciu po angielsku i inne slowa. Zrobilam wiele zdjzc i bede do nich wracac myslami wielokrotnie. Pobyt w tej wiosce dal mi rowniez przezyc niezwykle doswiadcznie. Pewnego dnia na calodziennej wedrowce w gorach z trzema lokalnymi chlopakami stanelam oko w oko z ponad 200 osobowa grupa agresywnie i bojowniczo nastrojona. Wszyscy byli bosi, skapo ubrani i uzbrojeni w co sie da kamienie, kije, sierpy, kosy, dzidy, kilka karabinow, siekiery..... Gotowi byli do ataku na ...... nas. Okazalo sie, ze schodzac ze stromej sciezki gorskiej zblizylismy sie do pasacego sie w poblizu stada zebu. Zostalismy posadzeni o chec kradziezy bydla tutejszego symbolu dobrobytu. Na szczescie wojownicze miny mezczyzn zmienily sie na zaskoczone na moj widok a w koncu pojawil sie na wielu twarzach usmiech. Ja nie przestraszylam sie, chociaz mozna bylo bo wygladalo groznie. Wrecz przeciwnie uznalam sytuacje za komiczna. Nastepne tygodnie spedzilam w wedrowce na wschod i poludnie. Ale o tym w nastepnym dlugim liscie. Top
|
| Cyganskie Zycie 5 (25 Kwiecien 2002) |
|
Przepraszam wszystkich za dlugie milczenie i niepokoj. Tutejsza sytuacja w Madagascar utrudnila mi dostep do internetu. Serdecznie dziekuje za listy I zycznia Wielkanocne I pozdowienia. Nie na wszystkie bylam w stanie odpowiedziec. Wierze ze wiele odpowiedzi znajdziecie w liscie czwartym. Moja podroz po Madagascar kontynuuje, chociaz stale jest to improwizacja, wyzwanie i nie latwe. Jestem jedyna turystka........ Niemniej mam wiele niezwyklych doswiadczen, przezyc, wiele zdjec. Skladam zalegle zyczenia wszystkim solenizantom. Wkrotce napisze czesc druga. Opuszcsam Madagascar 3 maja. Calusy, pozdrowienia, Basia. Top
|
| Cyganskie Zycie 6 (10 Maj 2002) |
|
Drodzy Przyjaciele, 3 maja 2002 pozegnalam sie z Madagascar, po przezyciu tam 2 miesiecy pelnych wrazen oraz ciekawych, czasem trudnych przezyc. Tego samego dnia wyladowalam w Cape Town w Poludniowej Afryce. Stad rozpoczne swoja 5 miesieczna wedrowke ladem na polnoc az do Cair, gdzie powinnam (jesli nie zmienie planow) wyladowac we wrzesniu. W Cape Town zatrzymam sie do okolo 15 maja. Mieszkam prywatnie (Servas), mam nawet swoj pokoj. Po przezyciach na Madagascar jest to ogromny skok do przodu, powrot do 21 wieku (chwilowy). Wywoluje zdjecia, uzupelniam korespondencje i notatki oraz przygotowuje plany na nastepny odcinek swojej wedrowki po tej czesci Afryki. Cape Town jest pieknym nowoczesnym miastem lezacym nad oceanem otoczony kilkoma stromymi gorami. Czuje sie tutaj jak w Sydney. Jest chlodnawo bo zbliza sie zima (okolo 20 stopni). Ogolnie czuje sie wysmienicie. Jestem szczesliwa z przezytej dotychczas przygody na Madagascarze jak rowniez pelna entuzjazmu do kontynuowania mojego zycia cyganskiego. Dziekuje za wszystkie listy. Wkrotce napisze wiecej. Tutejszy dostep do internetu jest znacznie latwiejszy. serdecznosci, usciski, buziaki, Basia Top
|
| Cyganskie Zycie 7 (23 Maja 2002) |
|
Drodzy Przyjaciele, Ponizej zalaczam czesc II mojego skroconego opisu z Madagascar. Czy stale jestescie pewni ze chcecie dostawac moje listy? Jest to moja radosc dzielenia sie moim innym zyciem i czekam z radoscia na wiesci od Was. Niemniej sadze ze niektorzy moga miec juz dosc mojego nudzenia. Moze wiec tylko Ci co niechca listow odezwa sie. Usciski i ucalowania, Basia
Madagascar II Kwiecien 2002, drugi miesiac mojego pobytu na Madagascar urozmaicony byl poznaniem roznych zakatkow i ciekawostek tego kraju. Podrozowanie i komunikacja w tym kraju jest bardzo trudna a przy niezwykle trudnej i paralizujacej zycie sytuacji politycznej stalo sie to znacznie gorsze i niepewne. Niezaleznie od tego postanowilam opuscic Fianarantsoa, bo bylo to w mojej opini bezpieczniejsze niz siedzenie w miescie, w ktorym czulo sie napiecie jakby siedzialo sie na bombie. W pierwsza wedrowke ruszylam pociagiem (chyba jedynym w tym kraju) na wschodnie wybrzeze. Wyruszylam z Fianarantsoa wczesnym switem. Pociag to byla lokomotywa i 4 wagony. Droga miala pokonac ok 150 km co zajmuje przecietnie okolo 9 godz. jazdy. Prowadzi ona przez gory z wysokosci 1100 m npm, dalej lasy tropikalne, wodospady, potoki, male wioski, az do piaszczystego i cieplego wybrzeza nad Oceanem Indyjskim. Dla wiekszosci wiosek jest to jedyne polaczenie ze swiatem, innych drog nie ma. Dojechalam tylko do Tolongoina oddalonej 62 km (4 godziny jazdy). Niestety tory byly uszkodzone ni ostatnie 5 km doszlam do wioski na piechote. Szlam razem z dwoma Francuskami (jedyne turystki spotkane w coagu 2 miesiecy) i z Malagajka, ich znajoma. Spotkalysmy sie w pociagu. Zanocowalysmy w wiosce. Nastepnego dnia ruszylysmy piechota z dwoma przewodnikami na okolo 20 km wyprawe waska sciezka przez soczysto-zielone gory i nieduze wioski az do szerokiej rzeki w wiosce Antambao. Tu wynajelysmy lodz (pierogue) i poplynelysmy nastepne 20 km do wioski Manapatrana, gdzie ponownie dochodzil pociag. Po noclegu nastepnego dnia mialam juz sama ruszyc dalej pociagiem. Niestety pociag nie przyjechal, zostal wstrzymany dramatyczna sytuacja polityczna w Fianarantsoa. Nastepny mial przyjechac 4 dno pozniej. Dla mnie to czekanie okazalo sie trudniejsze bo dopadla mnie biegunka i przeziebienie (obie sprawy opanowalam swoimi lekarstwami). Na szczescie nastepny pociag przyjechal i dotarlam nim do Manakara, miasteczka na wybrzezu, zamieszkalego przez zupelnie inne grupy etniczne. Ich domy to byly zwykle drewniane konstrukcje, wystarczajace w klimacie cieplym. Pobyt moj byl glownie odpoczynkowy i kuracyjny ze spacerami po plazy, obserwacji zycia rybakow i ich malych lodzi-dlubanek. Pierwotnie planowalam spedzic wiecej czasu na wybrzezu ale poprzez opoznienie pociagu zdecydowalam sie jechac spowrotem w gory do tropikalnej wioski Ranomafana, gdzie jest dostep do parku z lemurami. Droga samochodowa okazala sie jedna z najgorszych jakimi jechalam w swoim zyciu. Musze przyznac ze lokalni kierowcy sa mistrzami w pokonywaniu nie przewidzianych trudnosci z wielkim spokojem. W Ranomafana znalazlam lokalnego przewodnika i z nim przewedrowalam tropikalny i gorzysty las Parku Narodowego szukajac roznych lemurow, zyjacych tylko na Madagascar. Ku mojej wielkiej radosci znalezlismy kilka z gatunku sifaka (Milne-Edwards) oraz rodzine czerwono-brzusznego lemura. Cieszylam sie bardzo z tego doswiadczenia ale jednoczesnie zal mi bylo ze nie mogla byc ze mna Sandra z Australii bardzo interesujaca sie lemurami, ktora ze wzgledu na sytuacje polityczna nie dotarla do mnie. Obserwacja lemurow kosztowala mnie rowniez wiele ...... krwi, ktora napoilam lokalne pijawki atakujace m Nastepny dzien spedzilam w pobliskiej malej wiosce u rodziny mlodego chlopaka, Angelin, plemienia Tanala. Poznalam kilkanascie czlonkow jego rodziny w tym 80-ci letnia babcie. Sprobowalam rowniez wiele nowych potraw malagajskich z baza ryzowa i dodatkami jarzynowymi. Domy w wiosce, niskie parterowe, zbudowane byly z konstrukcji drewnianej wypelnionej glina. tropikalne otoczenie wygladalo bajecznie, zielono, z kilkunastoma rodzajami drzew owocowych. W Ranomafana spotkalam rowniez bardzo ciekawa osobe, Florent. Byl on pracownikiem Parku Narodowego i okazal sie rowniez etnografem. Kilku-minutowe spotkanie zamienilo sie w wielo-godzinna fascynujaca rozmowe. Powrotna droga samochodowa do Fianarantsoa okazala sie niezwykle trudna, wyboista, gliniasta, i nieraz wlosy stawaly mi deba. Ale i tym razem kierowca pokonal ja po mistrzowsku. W miescie zostalam tylko jeden dzien. Nareszcie mialam dostep do internetu i moglam uspokoic zaniepokojona rodzine po 2 tyg izolacji. W Fia Z Fianarantsoa dotarlam droga, tym razem asfaltowa, az do Ranohira, wiosce na poludniowym wschodzie z mieszkancami plemienia Bara. Mijany krajobraz byl gorzysty. Wsrod niego znajdowal sie najwyzszy szczyt Madagascar - Pic Bob (2658 m). Dalszy krajobraz rowninny przypominal mi pustynna czasc australijskiego outbacku. Z Ranohira wybralam sie z 2 przewodnikami na 2 dniowa piesza wycieczke po gorzystym masywie Parku Isalo. Poczatek wedrowki przypomnial mi formacje skalne w purnululu, w Kimberley w Australii. Szlismy okolo 25 km dziennie. Sciezka najpierw wspinala sie na grzbiety pasma gor a potem prowadzila rozlegla dolina. Panowal wielki upal, teren byl bardzo suchy, roslo duzo roslin kaktusowatych wlaczajac kaktus jakby mini baobab rosnacy na skalach. W rozmowie z przewodnikiem, Jose poznalam wiele nowych dla mnie lokalnych zwyczajow plemienia Bara. Jednym z nich byla tendencja do kradziezy. Mlody Bara chlopak chcac sie zenic "musi" ukrasc zebu - wol, dla udowodnienia swojej odwagi, zaradnosci i uzyskania szacunku rodziny panny mlodej. Nagle stalo sie dla mnie zrozumiale zajcie w wiosce w gorach kilka tygodni wczesniej. pomimo nieraz duzych odleglosci (setek kilometrow) inne wioski i plemiona sa stale zagrozone jako ze zwyczaj kradziezy zebu jest stale praktykowany. Nastepnym celem podrozy dla mnie bylo dotarcie do miasta Toliara na wschodnio-poludniowym wybrzezu. Poczatek podrozy autobusem nie byl zly. Drogi po wielu tygodniach strajkow a w wyniku miedzynarodowych negocjacji politycznych zostaly odblokowane. Ale po okolo 100 km okazalo sie, ze znowu pojawily sie blokady i kontrole na drodze. Byl to teren zwolennikow popierajacy stary system i starego prezydenta. Pierwszy raz kilkakrotnie spawdzano rowniez i moj paszport. Ale w najwieksze oslupienie wprowadzila mnie blokada na drodze do Toliara - dwa duze metalowe kontenery zostaly na stale zespawane do metalowego mostu .... blokujac calkowicie na stale przejazd, zostawiajac tylko przejscie dla pieszych. Tak wiec jeszcze raz doswiadczylam samodestrukcji starego rzadu i jego zwolennikow. Toliara, miasto portowe, zdecydowanie jest miastem bogatszym. o duzej dominacji hindusow, glownie zajmujacych sie handlem. Kolejne dni spedzilam wedrujac wybrzezem, sluchajac oceanu, obserwujac lokalne zycie rybakow wyruszajacych w ocean nieduzymi lodziami-dlubankami z plywakami. Bylo to pierwsze i ostatnie miasto gdzie udalo mi sie wyslac pierwsze kartki pocztowe. okazalo sie, ze w lokalnym jezyku moje imie Basia ma zanczenie .... Venus, pierwsza gwiazda na niebie. Duze centrum rozrywkowe w Toliara ma wielki napis BASIA. Czyz nie jest to niezwykly zbieg okolicznosci i mojego pozegnania z Madagascar? Majac malo czasu i chcac uniknac klopotow drogowych udalo mi sie dostac bilet na przelot z Toliara do Antanariwo. No i nastepne szczescie to bylo ze samolot wylecial. Tak, w tym kraju wszystko jest mozliwe i wszelkie nieprzewidziane zmiany tez! Na lotnisku w Antananarivo, stolicy, spotkala mnie wielka niespodzianka. W poczekalni zobaczylam ... Ken i Haja, znajomych z Fianarantsoa. Przyjechali specjalnie aby jeszcze raz pozegnac sie ze mna. Skorzystalam z zaproszenia Ken i zostalam na moje ostatnie dni u jego brata z rodzina, bardzo blisko lotniska. Bylo to kolejne poznanie innego srodowiska, zycia, zwykle skromnego ale bardzo goscinnego i szczesliwego. Spotkalam sie tez z Mamy, meza Patricia spotkanej w pierwszych dniach pobytu (z Servas). Mamy, wielki biznesmen, pokazal mnie, Ken i Haja swoje nowoczesne biuro z dzialalnoscia i techologia 21 wieku, komputerami i planami instalacji kablowej komunikacji optycznej. Byl to niezwykly kontrast do caloksztaltu moich doswiadczen z ostatnich 2 miesiecy. Mamy z Patricia poczestowali rowniez nas goscinnym posilkiem. Dla moich mlodych znajomych byl to dzien ogromnych wrazen, inspiracji i otwarcia oczu na przyszle marzenia i inne mozliwosci zycia. Ostatnie nocne godziny przed wylotem spedzilam na dlugiej rozmowie z Ken. 3 maja 2002, o swicie, jeszcze po ciemku, ruszylismy z Ken na piechote na lotnisko, gdzie dolaczyl do nas Haja. Dumnie zalozylam na pozegnanie z Madagascar koszulke z fotografia Marc Ravalomanana, nowego prezydenta popieranego przez zdecydowana wiekszosc ludzi a nie zaakceptowanego przez stary komunistyczny rzad bedacy u wladzy ponad 20 lat. Tak wiec bedac "niepolityczna" osoba dalam symboliczny akcent poparcia spotkanych ludzi i podzielenia sie ich zycia ze mna. Na lotnisku obsluga na widok mojej koszulki witala mnie z ogromnym usmiechem i podniesiona reka (poparcia dla Marc R.). A poniewaz rozne przypadki chodza po ludziach, okazalo sie ze wielogodzinna podroz do johanesburg spedzilam w towarzystwie pracownika obslugi specjalnego helikoptera dla Marc R.! Na lotnisku w Johanesburg dostalam od niego w prezencie czapeczke z prezydentem. Wiem ze po opuszczeniu tego kraju bede miala minimalny dostep do informacji i o wydarzeniach tam. Niemniej sercem i myslami bede z ludzmi ktor Mam nadzieje ze ksiazka z poezja bedzie miala szanse ukazania sie, zrealizowania marzen wielu ludzi i stanie sie mala cegielka w szczesliwsza przyszlosc kraju Madagascar, ktory utkwil mi mocno w sercu. Basia Top
|
| Cyganskie Zycie 8 (23 Maj 2002) |
|
Drodzy Przyjaciele, A wiec swoja podroz po kontynecie Afryki rozpoczelam pracowicie i kuracyjnie w Cape Town. Bylam tam przez 2 tyg. Jest to jedno z piekniejszych miast jakie widzialam. Bardzo zachecam wszystkich do uwzgednienia tego miasta w swoich wedrowkach, jako postoju min 6 dniowego, w drodze do Europy lub gdzie indziej. To nowoczesne miasto ze swoja lokalizacja zostawia niezapomniane wrazenie. W Cape Town polecam: 1 dzien - Przyladek Dobrej Nadziei (z malpami i pingwinami), 2 dzien - na gorze Table Mnt (natura w srodku miasta), 3 dzien - rano podroz na wyspe Robben Isl, popoludniu w Akwarium w WaterFront (fantastyczne pokazy i okazy), 4 dzien - ogrod Botaniczny (na stokach gory Table Mtn, piekne okazy kwiatow protea), 5 i 6 dzien w miescie-centrum, zakupy itp. Ja mialam szczescie byc gosciem u czlonkow Servas. Najpierw bylam u Enid. Potem przez 10 dni mieszkalam u Gwen i Glen, ktorych goscinnosc i ich osobowosc bardzo mnie zainspirowala. Tak wiec oprocz wielu wedrowek po miescie wiele czasu spedzilam bardzo pracowicie nad filmami, ich wywolaniem, katalogowaniem, robieniu odbitek. Potem bylo pisanie listow, wysylanie ich, glownie na Madagascar. Czesc zdjec w albumie wyslalam do Polski. Gotowa do dalszej drogi zakupilam nowa serie filmow oraz bilet autobusowy z Cape Town wybrzezem do Swaziland na polnocy. Wybrzeze przypomina mi bardzo Australie. Bogate domy letniskowe, wiele podobnej roslinnosci. Obecnie zatrzymalam sie w Natural Valey, malej wiosce na wybrzezu. Jest tu piekna plaza, gory i natura ktora ciesze sie od switu do nocy. Zdecydowalam sie wziasc pare dni ..... urlopu ... od podrozowania, nie spieszyc sie na kolejny autobus, wyslac listy internetowe i poczytac pierwszy raz od miesiecy normalna ksiazke, a nie przewodnik. Dalsze plany prowadza mnie na polnoc, wybrzezem i gorami. Odwiedze Laseotho, Swaziland, Mozambik i dalsze czesci Afryki Poludniowej. Za pare tygodni planuje przelot z Pretori (Afryka Pld) do Namibi, skad ladem kontynuowac bede podroz na polnocny wschod. Ogolnie jestem w swietnej formie. Moja niedawna kuracja antybiotykowa wyleczyla skutecznie infekcje kolana i grype (obie sprawy przywiezione z Madagascaru). Jestem pelna radosci z mojej wybranej drogi cyganskiego zycia, niezawsze latwo idacego. Bardzo dziekuje wszytkim za listy. Jest to dla mnie zawsze wielka radosc dostawania wiesci od Was i o Was. Nie zawsze jestem w stanie szybko odpowiedziec, ale nie zniechecajcie sie. Jest to cudowne miec tak wielka wolnosc jaka ja mam a jednoczesnie moc dzielic sie z przyjaciolmi i znajomymi swoimi doswiadczeniami. Zycze wszystkim wielkiego i radosnego usmiechu na dzis, na jutro, na zawsze ...... usciski i buziaki, Basia Top
|
| Cyganskie Zycie 9 (13 Czerwiec 2002) |
|
Drodzy Przyjaciele, Od 17 maja jechalam wschodnim wybrzezem Afryki Poludniowej w kierunku polnocnym, Krajobraz byl piekny, dlugie plaze, pasma gorskie, rozlegle farmy i tysiace domkow letniskowych na wybrzezu. Wszystko przypominalo mi bardziej Australie niz egzotyczna Afryke z opowiadan. Dopiero na "Dzikim Wybrzezu", w miejscowosci Mpande, doswiadczylam pierwszego kontaktu z zyciem lokalnym mieszkancow Xhosa. Mieszkajac w okraglym glinianym domku pokrytym dachem zrobionym z trawy mialam mozliwosc zapoznac sie cesciowo z lokalnym zyciem, obserwowac codziennosc zycia wioski odcietej od elektrycznosci. Byla tam tez piekna natura, gorzyste wybrzeze, delfiny bawiace sie w falach o wschodzie slonca - to wszystko napajalo mnie spokojem. Z wybrzeza skierowalam sie w glab ladu w gory - Drakensberg Mtn. Od razu poczulam tez zmiane klimatu. Wedrowalam sciezkami ubrana juz znacznie cieplej. Ogladalam malunki na skalach Bushmenow. W koncu samochodem terenowym, prowadzonym przez wlasciciela lodgy w gorach, ruszylam kreta i stroma droga przez przelecz Sani Pass do Lesotho, malutkiego niezaleznego kraju, lezacego calkowicie powyzej 1000 m. Powyzej przeleczy droga byla osniezona i szczyty ponad 3 tys lsnily biela. Prawie tydzien czasu spedzilam w lodgy na wysokosci 1450 m, w przepieknym otoczeniu gorskim 2-3 tys m gorach, bez elektrycznosci ale z goracym prysznicem (na gaz), kuchnia gazowa, przy kominku, przy swieczkach ..... Lodge polozona jest w tradycyjnej wiosce a wiec obserwacja autentycznego zycia lokalnego byla na wyciagniecie reki. To miejsce jest prawdziwa perla Lasotho. Swietne sa wedrowki piesze jak rowniez konne (tez sprobowalam). Nic tez dziwnego ze moje pragnienie powrotu tutaj potwierdzilam rezerwacja noclegow na Boze Narodzenie 2003 i Nowy Rok 2004! Kto jest chetny i dolaczy do mnie? Kraina jest rajem fotograficznym. A moze Canberra Photographic Society zrobi tu wycieczke? Czekam na komentarze. Z Molumong Lodge przejechalam kreta ale wysmienita i asfaltowana droga gorska "Na Dachu Afryki" wiodacej w wiekszosci powyzej 3000 m. Krajobraz byl fantastyczny i zapierajacy dech. I tak znalazlam sie po drugiej strinie gor, na rowninie polozonej na wysokosci 1000 m, w Maseru, stolicy Lasotho. po dziennym postoju, polaczeniu internetu, jade znow dalej do wiosek Lasotho, bez elektrycznosci a na koniec wroce znow w gorska czesc gor Drakensberg w Afryce Poludniowej. Tym razem pragne bardzo serdecznie podziekowac Basi K., Ani W. oraz Joasi K. za ofiarowana pomoc w tlumaczeniu listow na angielski ktora z wdziecznoscia przyjelam. Rowniez dziekuje wielu innym osobom, ktore ofiarowaly mi pomoc ale tym razem nie skorzystalam. Przesylam wiele serdecznosci, buziakow, Basia Top
|
| Cyganskie Zycie 10 (5 lipiec 2002) |
|
Drodzy Przyjaciele, To byla wspaniala przygoda - 5 tygodni w gorach Maluti w niezaleznym kraju Lesotho oraz gorach Drakensberg w Afryce Poludniowej. Cala podroz odbylam na wysokosci pomiedzy 1400 - 3000 m, w wiekszosci zatrzymujac sie w wioskach bez elektrycznosci, ale w schroniskach - lodges woda byla ciepla na gaz. Kontynuowalam swoja przygode poprzez wedrowki gorskie piesze i konne, spotkania z lokalnymi mieszkancami jak rowniez z wieloma ciekawymi podroznikami i "bialymi" mieszkancami Lesotho i Afryki Poludniowej. Zaczelam od poludniowej czesci gor Drakensberg w Afryce Poludniowej, potem przekroczylam granice z Lesotho zygzakowata, stroma droga przez Sani Pass (ok.2900 m) i dotarlam do Molumong na wysokosci 2450 m (a nie jak poprzednio pisalam 1450 m). Tu zetknelam sie pierwszy raz z autentycznym zyciem lokalnym, okraglymi kamiennymi domkami pokrytymi dachem z trawy, mieszkancami opatulonymi w duze i cieple koce zapiete duza agrafka - tradycyjne okrycie, czesto bardzo kolorowe. Z Molumong przejechalam gorska asfaltowa droga do Maseru, stolicy Lesotho z wieloma oznakami nowoczesnosci. Kolejne wioski - Malealea i Semonkong przyniosly dalsze doswiadczenia w gorach, przy wodospadach, w okolicznych wioskach. Moja pelna radosci calodzienna wedrowka na koniu zakonczyla sie ...... wypadnieciem z plecaka na ziemia (!) moich dwoch aparatow fotograficznych Pentax (jeden na negatywy, drugi na przezrocza). Na szczescie (!) oba aparaty dalej pracowaly. Przez te 5 tygodni wykorzystalam cale swoje cieple ubranie - kurtke, czapke, rekawiczki, skarpetki, bielizne termiczna i to wszystko w wielu warstwach "jak cebulka". Moja metalowa butelka na wode do picia, wypelniona goraca woda, ladowala co wieczor w lozku lub spiworze ogrzewajac stopy do snu. Temperatury spadaly do -10 stopni C w nocy, w okolicy byl snieg ale dni zwykle byly sloneczne i cieple. Kazdy wieczor spedzalam wiele godzin w towarzystwie innych podroznikow lub wlascicieli lodgy, grzejac sie przy kominku, przy swieczkach, czasem z dodatkiem whisky lub dobrego wina czerwonego z Afryki Poludniowej. transport w wiekszosci byl bezpieczny, poza jedna droga gorska, nieasfaltowana z Semonkong do Roma. Przerazona (bardzo) patrzylam na slizgajacy sie autobus na stromej drodze nad urwistymi zboczami, pokonujacy snieg, lod i bloto (najgorsze) - troche wiecej potym osiwialam ale kontynuowalam swoja podroz. Po spedzeniu w Lesotho okolo 3 tygodni wrocilam do Afryki Poludniowej w polnocna czesc gor Drakensberg. Tu przeszlam kolejne kilometry sciezkami gorskimi zachwycajac sie strzelistymi wierzcholkami i formacjami skalnymi Royal National Park z fantastycznym pasmem Amphiteatre. Nastroj mialam tak dobry ze pewnego wieczoru, dodatkowo po hasle gospodyn lodgy "na zdrowie" - gul, gul (po polsku), wyladowalam tanczac na ...... blacie baru! Ostatnie przepiekne gorskie wedrowki odbylam w centralnej czesci Drakensberg, w rejonie Champagne Castle. Mialam tez nadzieje na zakonczenie tutaj swojej gorskiej podrozy wieczorem z plynem babelkowym (niektorzy znaja moja slabosc) ale to miejsce bylo zbyt odizolowane i bylo to niemozliwe. Tak wiec zauroczona porannymi widokami purpurowych gor, lsniacych w sloncu w dzien, czasem szczytach chowajacych sie w ciezkich snieznych chmurach zakonczylam ten fragment przygody po Afryce i dotarlam do miasta Pietermaritzburg niedaleko Durban w Afryce Poludniowej. Tu skorzystalam z serdecznej gosciny w prywatnym domu i od razu po przyjezdzie swietowalam swoje przezycia ostatnich tygodni z gospodarzem, Andre, swietnym lokalnym szampanem. W Pietermaritzburg zatrzymalam sie na 12 dni, z tego 6 dni bylam zupelnie sama czujac sie jak u siebie w domu w Canberra. Wywolalam kolejna (druga) serie filmow i przezroczy oraz skatalogowalam wszystko. Zrobilam czesc odbitek dla osob spotkanych w podrozy (najczesciej lokalnych) i napisalam i wyslalam okolo 50 listow (zwykla poczta). Zrobilam tez wybrane odbitki dla siebie i umiescilam je w dwoch albumach (z opisami). Filmy (negatywy), przezrocza i albumy sa juz wyslane w drodze do Polski. Uzupelnilam tez notatki i korespondecje. Zrobilam rowniez przeglad, oczyszczenie i naprawe aparatow fotograficznych. W jednym aparacie (po upadku z konia) nie dzialal swiatlomierz. Na koniec zakupilam nowa serie filmow i poczulam sie ponownie gotowa i podekscytowana dalszym odcinkiem przygody. Na poczatek jade na polnocno-wschodnie wybrzeze Afryki Poludniowej, gdzie jest klimat sub-tropikalny i gdzie dogrzeje swoje kosci emerytki. Ruszam wiec do Derban skad pojade do ciekawego rejonu Afryki Poludniowej - Zululand i Maputaland. Jest to ostatni odcinek w Afryce Poludniowej. Stamtad dotre na krotko do Swaziland, malego niezaleznego kraju, polozonego znowu troche wyzej w gorach. Ostatecznie dotre do Mozambiku, gdzie planowalam byc juz ponad miesiac temu i gdzie glownie bede wedrowac wybrzezem - w cieple! Swoje sierpniowe urodziny planuje spedzic w przepieknie zapowiadajacej sie Namibi do ktorej dolece samolotem. Z tym cieplym akcentem (pomimo ze siedze trzesac sie z zimna w zimnym domu, w cieplej kurtce i w cieplej czapce) koncze kolejny list. Wkrotce napisze dluzsze i szczegolowe listy z tego ostatniego odcinka mojego cyganskiego zycia (od Cape Town do Zululand - Afryka Poludniowa oraz z Lesotho). Jesli ktos mialby ochote napisac do mnie list "normalny" na adres w Australii to wszystkie listy bede mogla odebrac w sierpniu w Namibi. Przesylam kolejna garsc przyjacielskich pozdrowien, serdecznosci, spoznionych i na zapas zyczen imieninowych, urodzinowych i na wszystkie inne okazje oraz duzo, duzo buziakow. Basia Top P.S. Zalaczam tekst (tylko po angielsku) znaleziony w gorach Drakensberg i zaadoptowany do mojej nowej cyganskiej drogi zycia.
Rejuvenate Your Soul - Drakensberg Mtns
I travel alone as I need to be alone But in my aloneness I am not alone I become part of all the beauties that surround me
I wonder how it is that man In all his seeking and striving should cut himself off from creation? The birds, the animals, the mountains and the streams, The tree and the wind send out their messages For all to hear, If - They have the ears to hear? Life is Free, Life is Good, Life is True, and Life is Beautiful.
|
| Cyganskie Zycie 11 - Moja nowa droga zycia (23 lipiec 2002) |
|
Jeden z otrzymanych emaili zmobilizowal mnie do listu, ktory juz dawno zamierzalam napisac. Listu w ktorym chcialabym krotko ogolnie opisac moj sposob podrozowania - mojej nowej drogi zycia, ktora rozpoczelam w marcu 2002. Jest to droga czesto pelna niepewnosci, czasem ryzyka ale rowniez wielkiego wzbogacajacego doswiadczenia z duza doza radosci. Rowniez chcialabym podzielic sie refleksjami dlaczego pisze te listy. Cyganskie Zycie - sa listami do mojej Rodziny, Przyjaciol i znajomych, do tych ktorzy sa zainteresowani moja przygoda lub moim zyciem. Listy te nie sa reportazami do zadnego wydawnictwa, ich format jest bardzo nieformalny. Jednoczesnie zgodzilam sie na mozliwosc wykorzystania moich tekstow przez inne osoby. Dla mnie listy te stanowia swietny kontakt z bliskimi ludzmi ale jednoczesnie mam tez inny cel. Marze aby te listy, razem z moimi codziennymi notatkami, mam juz ponad 200 stron, oraz zdjeciami, staly sie podstawa do moich opowiadan podrozniczych. Marze abym zyla wystarczajaco dlugo i aby starczylo mi energi, entuzjazmu i umiejetnosci pisania aby ostatecznie moc w przyszlosci napisac i wydac swoja ksiazke. Wierze ze moje opisy moga wywolac wiele refleksji nad zyciem, moga inspirowac, radowac i informowac. Rowniez moga wzbudzic zainteresowanie zyciem innych kultur na innych kontynentach. Pisze tez sama dla siebie znajdujac to jako droge do samowzbogacania sie. Jest to droga znalezienia lub potwierdzenia tego co mysle, co obserwuje, co widze, co przezywam i znajdowanie jakie to ma znaczenie dla mnie. Poprzez pisanie odkrywam tez wiecej marzen, odkrywam swoje leki i to co przynosi mi radosc. Daje mi to wrazenie jakbym zyla podwojnie, raz przezywajac, drugi raz piszac. Dlaczego wybralam taka droge zycia? Kocham przygode i podroze. Kocham poznawanie i wzbogacanie zycia - swojego i innych. Fotografia jest moja pasja. Dzielenie sie z innymi moimi doswiadczeniami jest cecha mojej osobowosci. Pomimo to wielokrotnie ocenialam swoje zycie osobiste jako bardzo nieudane i pelne bardzo trudnych problemow. Po wielu latach nie stracilam jednak wiary i nadziei i zaczelam wierzyc w sama siebie. Zaczelam oceniac swoje zycie i osiagniecia troche lepiej. Przestalam porownywac sie z innymi. Obecnie poddalam sie dlugiemu procesowi prowokowania i odkrywania nowej drogi zycia. Jest to proces re-ewaluacji wlasnych wartosci i nieustannego rozbudzania marzen o dalszych przygodach i podrozach, ktorych intensywnosc przezyc stale wzbpgaca moje zycie. Mam tez pelna swiadomosc, ze nie tylko moje zycie ulega duzym zmianom. Czuje i obserwuje jak moja obecnosc lub osobowosc wplywa na innych, czesto bardzo mi bliskich jak rowniez przypadkowo spotkanych podroznikow i lokalnych mieszkancow. Serdeczny usmiech, podanie przyjacielskiej reki, usciski, goscinnosc, to jedne z elementow ktore cenie wysoko w pokojowym porozumieniu miedzy ludzkim. Teraz mam to niemalze na codzien. Moja rodzina staja sie nowo poznani ludzie, moim domem staje sie miejsce troche dluzszego pobytu. Moj sposob podrozowania wymaga wiele kompromisu i tolerancji. Ja czuje sie z tym bardzo dobrze. Moje noclegi Moimi hotelami sa zwykle hostele, backpackers. W wiekszosci spie na salach zbiorowych, dorm, gdzie znajduja sie czesto lozka pietrowe. Ten rodzaj noclegow umozliwia mi podrozowanie na niskim budzecie oraz spotkaniu innych podroznikow i wymianie cennych informacji. Czasem mam mozliwosc zatrzymania sie w pojedynczych pokojach co daje mi wieksza prywatnosc. Rowniez korzystam z goscinnosci prywatnych domow czlonkow Servas, miedzynarodowej organizacji podroznikow. Czasem nazywam swoj hostel - domem - szczegolnie gdy nocuje wiecej niz trzy noce i spotykam sie z duza serdecznoscia i goscinnoscia. Moje poczucie wielkiej wolnosci jest nieustannie fantastyczne. Informacje podroznicze Moja biblia podroznicza sa przewodniki, glownie wydawnictwa Lonely Planet. Do tego dochodza bezcenne informacje od innych spotkanych podroznikow. W ten sposob znajduje adresy noclegowe, podstawowe informacje i ciekawostki podroznicze i lokalne. Moje wyzywienie W wiekszosci hosteli backpackers sa ogolnie dostepne wyposazone kuchnie. Jesli mam mozliwosc zrobienia zakupow to organizuje swoje posilki sama. Korzystam rowniez z wielu restauracji, czesto w tych samych hostelach, ktore maja swietne potrawy lokalne. Jeden posilek dziennie, zwykle wieczorem, jest gotowanym obiadem. Rano i w poludnie najczesciej robie sobie sama posilki. Sniadania, to najczesciej owoce i pieczywo. Czasem udaje mi sie zrobic moje ulubione platki owsiane. W poludnie jem kanapki lub lokalne nieduze potrawy. Zwykle mam bezplatny dostep do wody pitnej. Czasem napelniam wieczorem swoja butelke woda gotowana i mam ja do picia na nastepny dzien. W bardzo trudnych warunkach uzywam tabletek oczyszczajacych wode. Nie stronie rowniez od napojow alkoholowych degustujac lokalne piwo, wino, szampana lub wodke i whisky. Moj transport Uzywam wszystkich mozliwych srodkow transportu a wiec samolot, lokalne autobusy, mini-autobusy, taksowki, lodzie, prywatne samochody itd. Czasem siedze w wygodnym i czystym pojezdzie a czasem ugnieciona jestem jak sardynka wsrod lokalnych mieszkancow. Jest to dla mnie tez droga poznania lokalnego zycia. Poniewaz nie zawsze jest to wygodna forma transportu to staram sie nie jezdzic na dluzszych odcinkach niz 6-7 godzin. Jezyk porozumiewania sie Moim podstawowym jezykiem porozumiewania sie jest jezyk angielski. Staram sie nauczyc conajmniej paru slow w jezyku lokalnym co zawsze urozmaica kontakt z mieszkancami. Niemniej, jak do tej pory, zawsze znajduje kogos kto mowi po angielsku. Swoje wszystkie notatki robie w jezyku polskim. Moje listy wysylane sa w jezyku polskim - Cyganskie Zycie oraz w jezyku angielskim - Gypsy Lifetime. W lokalnym porozumieniu bardzo jest rowniez pomocny dla mnie jezyk ciala. Wielokrotnie, bez slow, poprzez mimike, osiagam swietne porozumienie, wywolujac wiele emocji, radosci, serdecznosci i goscinnosci. Przy transporcie czesto uzywam kartki papieru i napisanej nazwy miejscowosci docelowej w podrozy, aby uniknac nieporozumienia. Moje zdrowie Przed wyjazdem z Australii przyjelam wiele profilaktycznych szczepionek. Caly czas zazywam, raz w tygodniu, tabletki przeciw malarii. W ostatnich 5 miesiacach tylko raz zrobilam kilkutygodniowa przerwe gdy bylam w gorach. Raczej nie mam ubocznych objawow, chociaz czasem moje zmiany hormonalne sprawiaja mi wiele trudnosci i niepewnosc ktore i jakie objawy sa czego. Oceniam jednak to jako malo istotne i zwykle wystarcza dodatkowy wypoczynek aby wszystko doszlo do normy. Wiekszosc krajow Afryki ma duze ryzyko malarii. Poza tabletkami dodatkowo uzywam specjalnych kremow, siatke do spania oraz ubieram sie w dlugie spodnie i dlugie rekawy. Pomimo to czesto jestem pogryziona - zwykle komary lubia moja krew. Ogolne doswiadczenie zyciowe i podroznicze chroni mnie przed chorobami zoladka. Mam z soba spora apteczke wyposazona w niezbedne srodki opatrunkowe i medyczne, wlaczajac w to antybiotyki. Formalnosci podroznicze Posluguje sie swoim paszportem australijskim, do ktorego w wiekszosci nie potrzebuje wiz. Czasem wizy wystawiane sa na granicy. Do tej pory musialam miec wize do Madagaskaru (z Australi) i do Mozambiku (z ambasady w Swaziland). Dalsze niezbedne wizy bede zalatwiac w trakcie podrozy. Mam rowniez swoj paszport polski, ktory bede uzywac w Europie. Pieniadze i budzet podrozy Posiadam Visa karte na ktora co dwa tygodnie wplywaja pieniadze z mojej emerytury. Tak wiec staram sie glownie uzywac ta karte podejmujac pieniadze lokalne w banku. Nie uzywam maszyn bankowych chcac uniknac pomylkowego stracenia karty. Mam rowniez zawsze z soba troche gotowki w dolarach amerykanskich oraz czekach podrozniczych. Sa kraje, banki i miejscowosci, ktore nie uznaja karty Visa. Do noszenia pieniedzy mam specjalny bawelniany pas oraz torebke zawieszona na szyi. Obie rzeczy moge schowac pod ubraniem. W hostelach sa sejfy, w ktorych pozostawiam wazne dokumenty i pieniadze. Moj ogolny sredni budzet dzienny wynosi okolo 35 dolarow australijskich (okolo US$17), czasem duzo mniej lub duzo wiecej. Daje mi to pokrycie noclegow, posilkow, transportow i dodatkowych kosztow (parki, muzea itd). Wiekszosc kosztow fotograficznych pokrywam z dodatkowego budgetu. Mam swiadomosc ze dzienny budzet moglabym jeszcze bardziej zmniejszyc. Wiele mlodych podroznikow ma jeszcze wieksze ograniczenia finansowe. Moja korespondecja Glownym srodkiem porozumiewania sie ze swiatem, rodzina, przyjaciolmi i znajomymi jest dla mnie internet. Jest to fantastyczne osiagniecie technologi. We wszystkich glownych miastach krajow Afryki sa publiczne miejsca z dostepem do internetu. Sa jednak czesto duze ograniczenia czasowe (godziny otwarcia), finansowe (spory koszt uzycia) oraz stan lokalnych polaczen (bardzo wolno dzialajace komputery). Zdarza sie ze jednego dnia otrzymuje 50 emaili a otwarcie jednego listu zajmuje mi 15 minut! Bardzo pomocny jest mi Krzysztof, moj syn. To do niego wysylam wszystkie listy grupowe i on z mojego adresu wysyla je do adresatow. Zaoszczedza mi to wiele czasu i pieniedzy. Poza internetem staram sie rowniez wyslac do wszystkich tradycyjne kartki pocztowe. Napisalam tez duzo listow indywidualnych, glownie ze zdjeciami, jak rowniez wysylam wiele paczek z filmami i zdjeciami. Przy okazji MAM DUZA PROSBE. Bardzo prosze wszystkich o NIE WYSYLANIE na moj email adres listow-petycji, kawalow, dokumentow i zdjec. Przy trudnym i wolnym dostepie do internetu takie listy blokuja moj dostep do listow prywatnych, czesto bardzo waznych na ktore bardzo czekam. Bede bardzo wdzieczna za zrozumienie. Moja fotografia Srednio robie okolo 15 rolek (36 zdjec) filmow negatywowych oraz okolo 5 rolek filmow pozytywowych. Uzywam glownie filmy Fuji, 200 ASN. Co mniej wiecej dwa miesiace wywoluje wszystkie filmy negatywowe i przezrocza. Wywoluje bez odbitek tylko z -index-zbioremmalych zdjec na jednej stronie. Nastepnie wszystko kataloguje. Rowniez wybieram czesc zdjec i robie odbitki dla osob spotkanych w trakcie podrozy a nastepnie wysylam wszystko w indywidualnych listach. Rowniez robie czesc odbitek dla siebie, ukladam je w albumach, opisuje i wysylam do Polski, do swojej Mamy. Czesc zdjec mam zeskanowanych na komputerze i mam nadzieje ze beda one mogly byc umieszczone pewnego dnia na moim Website - Stronie internetu. Krzysztof pracuje nad tym - a moze ktos jest chetny aby pomoc? Przezrocza rowniez wysylam do Polski. Spotykani ludzie W mojej podrozy spotykam sporo lokalnych mieszkancow roznych krajow. W codziennej wedrowce spotykam bardzo duzo mlodych podroznikow lub turystow. Przecietny wiek jest okolo 25 lat, a wiec w ich towarzystwie mlodnieje (dusze i tak mam mloda). W wiekszosci sa to bardzo ciekawi ludzie z roznych krajow swiata. Rowniez w wiekszosci sa to osoby podrozujace w znacznie krotszym czasie, pare tygodni, ale czasem miesiecy. Podsumowanie No coz, mysle ze ten list odpowie, chociaz czesciowo, na wiele zadawanych mi pytan. Sadze tez, ze pozwoli na troche lepsze zrozumienie mojej nowej drogi zycia - wieloletniej podrozy. Pragne tez dodac ze tegoroczna podroz po Afryce jest dosc intensywna. Zmieniam czesto miejsce pobytu chcac poznac jak najwiecej krajow i kultur Afryki. Od przyszlego roku, od marca 2003, moje podrozowanie ulegnie zmianie. Bede zatrzymywala sie w wielu miejscach i krajach znacznie dluzej, czesto kilka lub wiecej miesiecy. Mam nadzieje ze wtedy bede mogla poswiecic wiecej czasu na pisanie opowiadan i ksiazki. Ale o tym napisze wiecej w przyszlosci. Konczac ten dlugi list pragne podzielic sie jak bardzo jestem szczesliwa z wybranej wolnej nowej drogi zycia. Czuje jej intensywnosc, pelnie i stala wolnosc wyboru i zmiany swoich planow. nigdy nie czuje sie osamotniona chociaz czesto tesknie za rodzina i przyjaciolmi. Mam tez swoje trudne chwile ale to kazdy ma wszedzie. Jestem czesto myslami z bliskimi mi sercu i ogromnie ciesze sie z otrzymanych listow, emails lub zwykla poczta na adres w Australii. Czasem mysle ze niektorzy przyjaciele zapomnieli o mnie nie odzywajac sie ani razu. A moze nie chca juz wiecej utrzymac ze mna kontaktu, nie chca podzielic sie swoim zycie? Wszystkim ktorzy odezwali sie bardzo dziekuje, jestescie na stale w moich myslach i sercu. Z pozdrowieniami, usciskami i buziakami, Basia |
| Cyganskie Zycie 12 (23 lipiec 2002) |
|
Po szampanskim pozegnaniu domowej goscinnosci Andre w Pietermaritzburg, Afryka Poludniowa, wyruszylam w dalsza podroz 4 lipca. Pierwszy postoj byl w Durban. Poznalam to niezwykle ciekawe miasto, centrum wielu wydarzen politycznych krajow afrykanskich. Stad dotarlam do malej miejscowosci Gingindlovu w stanie Zululand. Zatrzymalam sie w urokliwym hostelu polozonym wsrod rozleglych pol wysokiej trzciny cukrowej. Tu rozbawiona doswiadczylam kapieli w blocie (!) oraz zaprojektowalam i namalowalam swoja wlasna koszulke (t-shirt). Poznalam tez lokalna kulture biorac udzial w niedzielnej wielogodzinnej mszy ludnosci Zulu. Msza ta byla pelna glosnej rytmicznej muzyki, spiewu i ... tanca! Po paru dniach ruszylam dalej na polnoc do kolejnego, nowego dla mnie kraju, niezaleznego krolestwa Swaziland. Zatrzymalam sie w Myxo Place, hostelu prowadzonym przez lokalnych ludzi i miejsce ktore stalo sie dla mnie domem przez tydzien. Poznalam kilka miast, wiosek, odmienne tradycje i zwyczaje. Odwiedzilam kolejna iwjska szkole, popijalam lokalne piwo i tanczylam radosnie wsrod wiejskich chat z kobietami barwnie ubranymi. Wielkim wydarzeniem dla mnie bylo uczestnictwo w wielkiej uroczystosci w wiosce krolewskiej. Byl to taniec-pochod kilku tysiecy kobiet-matek , w tradycyjnych strojach, niosacymi wiazki kilkumetrowej wysokosci trzciny - jako dar dla matki krola. Muzyka, taniec z niezwykla energia wypelnialy przestrzen krolewskiej doliny. Ziemia dudnila od boso stapajacej armi kobiet i uderzen wiazek trzciny powiewajacych na szczycie faliscie kwiecista koncowka. Ja zmienialam szybko kolejne rolki filmu. Bylo to fascynujace przezycie i poczucie przywileju bycia w trakcie tego. Cala rodzina krolewska tam byla - krol (34 lata), jego 9 zon, 15 dzieci, matka krola (specjalne znaczenie) oraz wiele innych czlonkow rodziny krolewskiej. Do tego bylo wiele specjalnych gosci, przedstawicieli innych krajow, w tym prezydent Libi - Gaddafi. No i ja w odleglosci tylko kilku metrow od nich ...... Ze Swaziland pojechalam prosto do Maputo, stolicy Mozambiku. Od razu uderzyla mnie znana z przeszlosci szarosc komunistycznego miasta. Szybko wiec ruszylam dalej na polnoc. Z radoscia utknelam tuz kolo Zwrotnika Koziorozca, na rozleglych piaszczystych plazach, wsrod palm kokosowych, w Tofo, w hostelu Bamboozi. Relaksowy nastroj, swietne lokalne jedzenie darow morza z przyprawami orzecha kokosowego daly mi wielki odpoczynek, przerwe w podrozy i mozliwosc pisania listow. Z Tofo jade troche dalej na polnoc do Vilankulo gdzie chce dotrzec do wysp Bazaruto Archipelago. Marze o poplywaniu i obserwowaniu w lazurowej wodzie swiata podwodnego. Jest tu tez ciekawe zycie lokalnych rybakow. Pod koniec lipca wroce do Maputo i pojade spowrotem do Afryki Poludniowej, do Johanesburg. Stad 5 sierpnia polece samolotem na caly miesiac do Namibi. W sierpniu moge miec ograniczenia w wyslaniu listow grupowych a wiec nie niepokojcie sie jak odezwe sie dopiero we wrzesniu. Pozdrawiam cieplo, sciskam mocno i sle buziaki, Basia |
| Cyganskie Zycie 13 (09 Wrzesien 2002) |
|
Drodzy Przyjaciele, Jest to list bardzo wazny dla utrzymania naszego dalszego kontaktu przez internet. Postanowilam zrobic przeglad swojej listy email adresow i natychmiast zrobic jej zmiany i poprawki. Mam wiec wielka prosbe o uwazne przeczytanie tego listu do konca.
Moja lista email adresow znajduje sie na Hotmail. Dzieki temu moge miec dostep do niej na calym swiecie. Utrzymanie stalego kontaktu z przyjaciolmi i znajomymi jest dla mnie bardzo wazne. Mozliwosc dzielenia sie swoimi przezyciami podrozniczymi, z bliskimi mi lub zyczliwymi osobami, jest dla mnie waznym i emocjonalnym faktem. Wkladam w to wiele wysilku i czasu i wiem ze wiekszosc osob to rozumie i docenia. Dla utrzymania kontaktu musze miec swiadomosc obopolnego porozumienia. Ogromnie ciesze sie otrzymujac listy, chociaz krotkie, czasem z problemami, ale mowiace o zyciu innych. Czesto jestem myslami i sercem z ludzmi, ktorzy sa daleko ode mnie ale sa mi bliscy sercem lub maja wspolne zainteresowania ze mna. W utrzymaniu dalszej korespondencji istnieja jednak pewne problemy techniczne. Moje listy "Cyganskie Zycie" wysylane sa w dwoch jezykach - polskim i angielskim. Obecnie mam trzy glowne listy email adresow oraz kilka podgrup (ograniczenie przez Hotmail w ilosci nazwisk w jednej grupie). Na mojej liscie znajduje sie obecnie kilkaset adresow. Pierwsza lista zawiera wszystkie nazwiska (alfabetycznie) i adresy, ale bez podzialu jezykowego. Nastepne grupy utworzone sa w zaleznosci od jezyka listow (niestety bez kolejnosci alfabetycznej). Wszystkie zmiany adresowe musza byc robione recznie oraz jednoczesnie w kazdej liscie grupowej. Jest to bardzo czasochlonne i szybko stalo sie to niemozliwe dla mnie do wykonania w trakcie podrozy (trudnosci i koszt dostepu do internetu w krajach afrykanskich). Z tego powodu poprosilam o pomoc mojego syna, Chris, ktory od poczatku uaktualnia wszystkie zmiany adresowe. Obecnie rowniez dla niego stalo sie to bardzo czasochlonne, kosztowne i powodujace opoznienia w wysyl W zwiazku z powyzszym zmuszona jestem sama do natychmiastowego zrobienia przegladu moich wszystkich lists adresowych i wprowadzenia recznie zmian, poprawek i ulepszen na przyszlosc. Ponizej podaje pare punktow z prosba o uwazne przeczytanie i udzielenie odpowiedzi na pytania. 1. Osoby, ktore calkowicie milczaly przez ostatnie 6 miesiecy i nie odezwa sie do 15 pazdziernika 2002 dostana jeszcze tylko jeden list "Cyganskie Zycie 14" - ale bedzie to list ostatni. Adresy tych osob pozostana wykreslone z mojej listy jako nieaktualne. Czy jestes wsrod tych osob? 2. Adresy, z ktorych listy wracaja do mnie po wyslaniu, zostana wykreslone z mojej listy jako nieaktualne. Czy Twoj adres jest aktualny? 3. Wszystkie osoby, ktore napisaly do mnie minimum jeden list pozostana na mojej liscie adresowej - chyba ze maja inne zyczenie i dadza mi znac. Czy jestes wsrod nich? 4. Bardzo prosze o podanie wyboru wersji jezykowej listu (polskiej lub angielskiej lub obu) jesli obecne listy nie sa we wlasciwej grupie. Czy obecna grupa odpowiada Tobie? Bede wdzieczna jesli wiekszosc odpowiedzi dostane w najblizszym tygodniu, gdy bede miala latwiejszy dostep do internetu. Wkrotce moja podroz bedzie odbywala sie w znacznie trudniejszych terenach podrozy po Afryce i dostep do internetu bedzie tez ponownie bardziej ograniczony. Zalaczam wiele serdecznosci oraz zyczen zycia w pokoju i szczesciu.
usciski, Basia Top
|
| Cyganskie Zycie 14 (13 Wrzesien 2002) |
|
Drodzy Przyjaciele, Po ostatnim liscie "Cyganskie Zycie 13" zaczne od podziekowania za wiele serdecznych listow, ktore otrzymalam. Byly dla mnie wielka radoscia ale niektore wyrazaly niepokoj. A wiec podkreslam, po 6 miesiacach wedrowki po Afryce jestem zdrowa i cala, chociaz po ostatnich klopotach osiwialam bardziej i jakbym przygarbila sie. Ale moja dusza stale chce byc mloda i w wiekszosci jej sie to udaje. A wiec wedruje dalej. Moje ostatnie problemy zwiazane byly ze sprawami formalnymi i finansowymi. Zmuszona bylam wyrobic nowa Visa karte bankowa, ktora byla moim glownym zrodlem finansow. Niestety nowa karta utknela gdzies w poczcie miedzy Australia i Namibia. Frustracja, lek, przygnebienie, lzy, zmeczenie, samotnosc - to tylko czesc z wielu emocji, ktore towarzyszyly mi w ostatnich tygodniach. Do tego moja druga karta bankowa - Master Card tez przestala dzialac, zostawiajac mnie na ostatniej rezerwie finansowej. Na szczescie problem z Master Card dal sie rozwiazac szybko. Nowa Visa Card nie przyszla do dnia dzisiejszego. W tej sytuacji zdecydowalam sie skasowac jej waznosc, zablokowac i ponownie wyrobic nowa, ktora ma byc przeslana poczta dyplomatyczna do Zimbabwe. W ten sposob wreszcie moge ruszyc dalej. Tak wiec teraz moge obszerniej opisac co sie wydarzylo w mojej podrozy od ostatniego listu Nr 12, wyslanego pod koniec lipca z Mozambiku. A wydarzylo sie wiele. Uprzedzam, jest to list dlugi. Druga czesc pobytu w Mozambiku w lipcun dala mi duzo wypoczynku po dlugich podrozach w cieple tropikalnego wybrzeza jak rowniez byla mozliwoscia poznania lokalnych zwyczajow. Z nieduzej miejscowosci Tofo pojechalam wybrzezem dalej na polnoc, powyzej Zwrotnika Koziorozca, do miejscowosci Vilankulo. Palmowe i piaszczyste wybrzeze lezalo nad wielka i plytka laguna, ktora w czasie odplywu stawala sie wielokilometrowa plaza. Laguna ta oddzielona byla od otwartego oceanu przez piec wysp, otoczonych rafami koralowymi, nalezacymi do Archipelagu Bazaruto. Zycie ludzi wybrzeza zwiazane bylo glownie ze zbiorem darow morza - ryb, krabow, malzy, kalamarow i innych stworow. Na przejrzystej wodzie krecilo sie setki dhow, prostych lodek-zaglowek, bedacych transportem miedzy ladem i wyspami. Wokol nich pojawialy sie nieraz stada delfinow. Mieszkalam sama w malutkim okraglym domku, zrobionym z trzciny i patykow, stojacym tuz przy plazy. Szum fal oceanu nastrajal mnie lagodnie. Codziennie witalam wielka kule slonca wschodzaca na horyzoncie, widziana nawet z mojego lozka. Wieczorem, w tym samym miejscu, cieszylam sie patrzac na wschodzacy kulisty ksiezyc w pelni. Bylam sama, czasem z innymi podroznikami. Bylam bardzo szczesliwa. W wiosce Vilanculo wiekszosc okraglych chat zbudowanych byla jak moja, z trzciny, tyle ze byly one wieksze. Wsrod nich krecily sie dzieci i kobiety z malutkimi dziecmi na plecach usadowione w roznej wielkosci kolorowych materialach-chustach. W ciagu dnia spacerowalam wiele po bialych plazach, bawiac sie z dziecmi lub obserwujac polowy k Odbylam tez wedrowke lodzia dhaw na jedna z wysp Archipelagu Bazaruto, plywalam z maska w przejrzystej wodzie ogladajac barwny swiat podwodny i spacerowalam po bialawym piasku pustych plazy. Byly to piekne miejsca natury i nic dziwnego ze te wyspy Archipelagu sa czesto odwiedzane przez dostojnikow i dygnitarzy z calego swiata. Ja, przez przypadek, spotkalam tam ponownie mlodego krola Swazilandu. Podobno wlasnie tez na tych wyspach Nelson Mandela bral swoj ostatni slub. Z Vilankulo wrocilam na poludnie do Maputo, stolicy Mozambiku i stad autobusem, po calym dniu, dotarlam do Johanesburg w Afryce Poludniowej. Tu rozpoczelam kolejny, inny odcinek podrozy, w specjalnym towarzystwie. W sobote, 3 sierpnia, dolaczyl do mnie z Australii na 4 tygodnie, Krzysztof, moj syn. Byla to nieplanowana wczesniej wizyta, moje spontaniczne zaproszenie jego do Afryki, chec pokazania jemu innego swiata i zycia niz to, w ktore sie uwiklal. Chcialam mu pomoc w podniesieniu ducha po wielu trudnych, przykrych i upokarzajacych klopotach, szczegolnie w ostatnich miesiacach, zwiazanych z rozpadem jego rodziny. Tak wiec Krzys poznal najpierw Johanesburg, miasto tysiecy kontrastow kontynentu afrykanskiego, ktore ja poznalam juz wczesniej. Nastepnie razem polecielismy samolotem do Windhoek, stolicy Namibi, znajdujacej sie na zachodnim wybrzezu. Namibia, obszarem jest duzym krajem ale majacym tylko 1.8 milionow mieszkancow. Jest to kraj glownie pustynny, savanny i gorzysty z klimatem goracym, suchym ale w zimie (teraz) temperatury w nocy spadaja do zera lub nizej. Jezdzac po wielu nie asfaltowanych drogach krajobraz przypominal mi australijski outback. Krzysiek od poczatku byl pelen entuzjazmu i radosci do nowej i wielkiej przygody zycia. Ja tez. Nasza podroz na poczatku wzbogacona byla oczekiwanym przeze mnie dodatkowym spotkaniem z Adamem, dawnym przyjacielem, Polakiem z Australii. Byl on uczestnikiem wielkiej 3-letniej podrozy grupy wspinaczy dookola swiata "Hot Rock". Grupa, zmieniajaca czesto swoj sklad, rozpoczela podroz w Londynie w listopadzie 2001. Dalej jechali z polnocy Afryki na poludnie. Transportem ich byl wielki, czerwony samochod zbudowany na bazie ciezarowki, z dobudowana sciana wspinaczkowa z tylu. Adam byl z nimi ponad pol roku. Bylam pelna podziwu dla Fi, mlodej i niewysokiej Angielki, geografki, bedacej czesto kierowca tego czerwonego olbrzyma. Nic dziwnego ze lokalna policja w Namibi zatrzymujac samochod, stojac kolo Fi siedzacej za kierownica, zapytywala " ...a gdzie jest kierowca ...?". Z "Hot Rock" i z Adamem spedzilismy z Krzysiem piec dni, glownie bedac w namiotach. Byl to czas dlugich rozmow po polsku, wspolnych wedrowek, ogladaniu i fotografowaniu sprawnie uwijajacych sie po pionowych skalistych scianach wszystkich wspinaczy. Pomimo wielu zaproszen ja nie uczestniczylam we wspinaczkach. Krzysiek natomiast doswiadczyl swoich pierwszych w zyciu wspinaczek w naturze. Szybko poczul sie w tym sporcie dobrze i wspinal sie po coraz to trudniejszych szlakach. Nastepna przygoda bylo namiotowe safari z Charles, lokalnym przewodnikiem, oraz z Marco i Taigo, podroznikami. Pojechalismy na poludnie Namibi do rozleglej Pustyni Namib, do Sossusvlei. Byla to fantastyczna podroz, pelna nowych wrazen, poznania czesto dramatycznego krajobrazu oraz wiele dzikiej zwierzyny afrykanskiej. Byl to jakby raj fotograficzny. Oboje z Krzyskiem z wielka pasja fotografowalismy setki niezwykle uksztaltowanych wydm z czerwonego piasku. Wspinalismy sie tez po ich wysokich krawedziach, wlacznie z wejsciem na najwyzsza, 350 metrowa, "Big Daddy". Jak dzieci, z okrzykami radosci, zjezdzalismy z tej wysokiej wydmy w dol po stromej gorze piasku. Natychmiast po powrocie do Windhoek ruszylismy na nastepne namiotowe safari, na polnoc Namibi, prowadzone przez mloda i sympatyczna Susi. W samochodzie terenowym byla nas grupa 9 osob z 5 krajow. Zaczelismy od slonecznego wybrzeza w Swakopmund, potem docierajac na polnoc do Cape Cross, poczatku "Skieleton Coast". Znajdowala sie tu ogromna kolonia setek fok i lwow morskich pluszczacych sie w wodzie lub wylegujacych sie na skalach. Stad dotarlismy w glab ladu do gory Spitzkoppe (1728 m) oraz gory Pondoks (1629). W tym rejonie, jak i pozniej w Twyfelfontain, wedrowalismy po skalach ogladajac interesujace, czesto wielowiekowe, rysunki Bushmenow (plemiona San) na skalach. Tereny te rowniez byly niezwykle interesujace geologicznie, jak wiekszosc Namibi. Po prostu stale chodzilo sie po wielobarwnych kamieniach, blyszczacych w sloncu, czesto polszlachetnych i wzbudzajacych wiele zainteresowania zbieraczy i czesto sprzedawanych przez lokalnych mieszkancow. Namibia jest rowniez znana z niezwyklego zjawiska - Nastepnym odcinkiem podrozy byla wizyta na otwartym obszarze skalistej i pustynnej rowniny, gdzie znajdowaly sie skamieniale pnie drzew "Petrified Forest". Byly tam pnie drzew dlugosci do 34 metrow i do 6 m srednicy, ktore oceniane sa na wiek 260 milionow lat! Inna unikalnoscia tego terenu byla niezwykla roslina Welwitschias, podobno jedna z trzech najbardziej wyjatkowych roslin swiata. Wygladala niepozornie, jak ogroma kapusta rozlozona na ziemi, bedaca jednak drzewem, z pniem w ziemi i okreslana na wiek okolo 1000 lat! Kolejnym etapem podrozy, pelnym wielkich emocji, stala sie kilkudniowa wizyta w parku Etosha, jednym z najlepszych miejsc w Afryce do zobaczenia roznorodnej dzikiej zwierzyny. Namioty nasze staly w odleglosci tylko kilkunastu metrow od ... sciezek, gdzie setki roznych antylop, gazeli (oryx), zebr, zyraf, sloni, gnu (wildbeest) i innych zwierzat szlo do pobliskiego wodopoju. Byl tez nosorozec. Pomimo zakazu ja piszczalam z radosci i podekscytowania. To co widzielismy z Krzyskiem i innymi bylo jak w bajce i juz nastepnego dnia trudno bylo uwierzyc ze to wszystko bylo prawdziwe a nie film. Czyz nie moglam wybrac piekniejszego miejsca i przygody aby swietowac swoje 56 urodziny w towarzystwie syna i innych podroznikow? Wieczorem, przy ognisku, Susi - przewodniczka zaskoczyla mnie nawet ... szampanem! W ostatnim odcinku safari wedrowalismy kolo niezwyklego jeziora Guinas, 150 m glebokiego oraz wspinajac sie na szczyt plaskowyzu Waterberg Plateau. Stad wrocilismy do Windhoek, pozegnalismy sie z zaprzyjazniona grupa i ruszylismy wynajetym przeze mnie samochodem sami, Krzys i ja, w kilka dalszych ciekawych miejsc Namibi. Pierwsze dni spedzilismy w miejscowosci Okahandja na corocznym Festiwalu Dnia Herero, jednej z wiekszych grup etnicznych Namibi. Obserwowalismy wielobarwne stroje kobiet w dlugich, bufiastych sukniach, lezacych na 7-8 halkach. Na glowie kobiety mialy wielkie rozkowe turbany. W poblizu bylo setki jezdzcow konnych. Udalo sie nam zrobic wiele ciekawych zdjec. Po dwoch dniach pelnych wrazen festiwalowych zatrzymalismy sie w innej miejscowosci przy naturalnych mineralnych goracych zrodlach w Gross Barmen. Po wielogodzinnych kapielach w goracej wodzie, 38 stopniowej C, nabralismy nowych sil i pojechalismy dalej, tym razem na wschod, na skraj rowniny Kalahari. Miescila sie tam Harnas Wildlife Farm, ktora zajmowala sie rehabilitacja zwierzat dzikich, glownie olbrzymich lwow, leopardow i zanikajacych na calym swiecie cheetah. Bylo tam tez wiele innych rzadko spotykanych zwierzat jak koty, psy i lisy afrykanskie, szakale, cerwale i inne. Wsrod nocnych obserwacji zauroczyl mnie ogromny i niesmialy jez afrykanski z nastroszonymi jak paw dlugimi czarno-bialymi iglami. W nocy do naszego namiotu docieraly glosne ryki lwow. Niebo lsnilo milionem gwiazd. Czulismy z Krzysiem jakbysmy weszli w swiat marzen...... To ostatnie miejsce postoju, farma, stalo sie inspiracja dla mojej przyszlosci. Postanowilam zakupic pewnego dnia mala farme w Australii, osiedlic sie tam i zbudowac mala wioske z kilkunastoma domkami, replikami tradycyjnych domow z calego swiata. Bylaby to miniaturowa reprezentacja zanikajacych tradycji, sztuki i kultury roznych krajow, cos co pasjonowalo mnie cale zycie. "Ziemskie Kolory" ("Earthly Colours"), proponowana nazwa wioski bylaby projektem wieloletnim, powstajacym stopniowo, moze przez dalsze 20 lat lub wiecej. Ja stworzylabym fundamenty a potem rozszerzala bym to przy pomocy innych. Bylo by to tez miejsce spotkania dla innych podroznikow oraz moich przyjaciol, z hostelem z noclegami. Pierwsze wymarzone domki bylyby przypominajace mi Polske - domek goralski z Tatr oraz domek kurpiowski. Potem powstal by domek afrykanski, okragly, gliniany z dachem z trawy. Nastepnie chcialabym zbudowac domek tajlandzki - dla moich wnukow. Co powstaloby dalej ... moja lista jest dluga... Jak widzicie Tak wiec nasza wspolna z Krzysiem przygoda w Namibi dobiegla konca. Sadze, ze jego zycie nabralo nowych barw, wartosci i podzialu - przed i po Afryce. Wierze, ze kiedys doceni to co ja z cala miloscia dalam mu przezyc. Ostatnie jego dni w Afryce spedzilismy na zakupach pamiatek, w tym dwoch 2-metrowych drewnianych zyraf, w prezencie dla Juliana i Rikera, moich wnukow. Krzys szczesliwie wrocil juz do Australii a ja mniej szczesliwie utknelam na dluzej w Windhoek. Zalatwianie od 5 sierpnia mojej nowej karty Visa okazalo sie ogromna trudnoscia i wielka przeszkoda w dalszej podrozy. Jakos posiwialam i posmutnialam. Duzo nerwow wlozyla rowniez w to Magda, ktora cala sprawe zalatwiala, z moja wdziecznoscia, w Australii. No coz, w koncu zdecydowalam sie nie czekac dluzej, skasowac zaginiona karte i wyrobic nowa. Mam nadzieje, ze przy pomocy australijskiej poczty dyplomatycznej nowa karta dojdzie do mnie znacznie szybciej i bezpieczniej. Moja kolejna serie (duza) zdjec i slidow, wywolanych w Namibi, wyslalam, wraz z albumami, do Polski. Byl to tez powod dodatkowego osiwienia i stresu. Teraz mam tylko nadzieje ze wszystkie przesylki dojda do adresatow na miejsce. Od 14 wrzesnia wedrowac bede w Zimbabwe, kraju przechodzacym wiele dramatow i kryzysow politycznych. Jestem jednak spokojna. Zatrzymam sie najpierw przy slynnych wodospadach Victoria Falls. Nastepnie dotre do Harare, stolicy i dalej chce dotrzec do kolejnych krajow Afryki: Zambi, Malawi, Tanzani, Keni i Ugandy. Na tym koncze ten dlugi list i dziekuje za cierpliwosc w czytaniu i w dotarciu do jego konca. Sle duzo serdecznosci, usciskow i ucalowan. Jestem czesto myslami z Wami, wyobrazajac sobie jak zyjecie. Moje zycie jest inne ale ja czesto jestem z Wami i tesknie za Wami. z przyjaznia i pokojem, Basia Top
|
| Cyganskie Zycie 15 (11 Pazdziernik 2002) |
| Drodzy Przyjaciele,
Ogromnie dziekuje wszystkim za wyslane listy oraz podzieleniem sie wiesci, nawet smutnych. Sprawily mi duzo radosci. Nie na wszystkie jestem w stanie odpowiedziec poniewaz mam obecnie ponownie duze klopoty z internetem brak lub bardzo wolny. Moje listy staja sie wiec rzadsze ale dluzsze. Przepraszam za to. Jestem obecnie w Lusaka, Zambia. Moj wielki problem z visa card zostal ostatecznie rozwiazany 26 wrzesnia w Harare. Po prawie 2 miesiacach od utraty karty w Johanesburg (moja wina), dzieki pomocy australijskiej placowki dyplomatycznej w Harare, Zimbabwe, stalam sie posiadaczka swojej nowej karty. Pilnuje jej dobrze. !2 wrzesnia zdecydowalam sie nie czekac wiecej w Namibi na list z karta. Skasowalam jej waznosc. Wtedy, godzine przed odjazdem autobusu, dostalam telefon z banku karta przyszla. Niestety byla juz nie wazna. Process nowej (dosc kosztowny) juz sie rozpoczal. Tak wiec z ulga ale przygaszona ruszylam w 20 godz podroz autobusem, przez Caprivi Strip oraz Botswane, do Zimbabwe. Pierwsza miejscowosc to Victoria Falls gdzie jest dostep do ogromnego wodospadu o tej samej nazwie. Pomimo ogromnych problemow politycznych Zimbabwe, rejon wodospadow stale cieszy sie popularnoscia. Niestety wiekszosc oplat pobieraja tu w dolarach amerykanskich. Jednoczesnie w Zimbabwe kwitnie obecnie czarny rynek wymiany pieniedzy, dajacy 10 krotny zysk. Jest to rynek nieoficjalny ale mozna znalesc bardzo bezpieczne miejsca, np hostele. Ja zyskalam na tym sporo. Wodospad Victoria falls jest fascynujacym oraz unikalnym miejscem swiata. Jest to miejsce przy ktorym spotykaja sie granice 4 panstw Zambia, Zimbabwe, Botswana oraz Namibia. Spokojnie plynaca rzeka Zambezi spada z ogromnym hukiem okolo 100 metrow do waskiego wawozu, ktory jest granica Zimbabwe oraz Zambi. Wedrujac wzdluz prawie 2 kilometrowej krawedzi wawozu, godzinami wpatrywalam sie w tony wody. Srednio spada tu 550 ton wody na minute! W sezonie deszczowym ilosc ta jest podwojona! Ponad wawozem oraz wodospadem tworzy sie chmura wody, jak delikatna mgla. Z dala wyglada to jak dym nad wielkim pozarem, dlatego lokalna nazwa wodospadu jest Dym Grzmotow. W tej chmurze wody, przy swiecacym sloncu, tworzy sie cudowna wielogodzinna tecza. Moj czas spedzony tam byl wspanialy, piekny oraz dajacy mi nowa sile oraz energie do dalszej wedrowki. Byl to czas rowniez wzbogacony bardzo milym zaskakujacym spotkan Razem z Andrzejem pojechalismy na wysmienita wyprawe do Botswany, do pobliskiego Parku Chobe. Najpierw w ciszy oraz spokoju plynelismy rzeka Chobe wypatrujac hipopotamow, krokodyli, buffalo, jaszczurow wodnych, antylop itd. Ku wielkiej radosci spotkalismy ich wiele. Dojrzelismy tez orly oraz sepy. W dalszej wedrowce pelne emocji bylo spotkanie z . setka lub wiecej sloni! Bylismy na odleglosc niemalze 2 metrow! Skora mi troche cierpla . ze strachu .. Z Victoria Falls w Zimbabwe pojechalam juz ponownie sama do miasta Bulawayo, skad wybralam sie na dwie wycieczki. Pierwsza byla kolejnym spotkaniem z natura w Matopo Parku. Byly tutaj charakterystyczne formacje skalne, jakby ogromne kamienne kule poukladane na sobie, przypominajace lyse glowy ludzkie. Rowniez w tym parku udalo mi sie podejsc do .. nosorozca z 2 miesiecznym malym! Te moje spotkania z natura afrykanska stale dawaly mi wrazenie jakbym snila lub byla w swiecie bajki .. Nastepna wycieczka byla zupelnie inna. Niedaleko Bulawayo znajduja sie ruiny Khami, ktore sa czescia histori tego rejonu. Byl to poczatek poznania bogatej oraz niedocenianej historii mieszkancow tej czesci Afryki. Z Khami dotarlam do ruin Great Zimbabwe, kolo Masvingo, oddalonych o prawie 300 km. Po wszystkich ruinach biegaly malpy, wokol bylo pusto. Historia tych ruin starego krolewstwa siega jedenastego wieku. Ocenia sie, ze w rozkwicie miasteczka, wokol wzgorza z siedziba krola, siedziba jego najstarszej zony oraz wioski z domami wielu mlodszych zon oraz wioski mieszkancow, zylo tu okolo 10-20 tys. ludzi. Przez pare dni mieszkalam na terenie parku z ruinami. Chodzac od switu do nocy, wiekszosc sama, rozmyslalam o przeszlosci tego miejsca, uczylam sie historii Afryki oraz bujalam w swojej wyobrazni. O swicie siedzialam na ziemi kolo 5 metrowego kamiennego muru, zrobionego z granitowych blokow, bez uzycia zadnego spojenia, wysokiego na 11 metrow. Mijajac nizsze ruiny murow wyobrazalam sobie stojace dawniej za nimi okragle gliniane chaty oraz zycie w nich. Chodzac sciezkami deptalam po kawalkach potluczonej glinki, szkla, kosci czesto wielowiekowych fragmentow garnkow, naczyn oraz dowodow zycia oraz swietnosci Great Zimbabwe. Obecnie miejsce to jest to pomnikiem narodowym kraju. O wschodzie oraz zachodzie slonca spacerowalam z zaduma wpatrujac sie w setki 2-3 metrowych aloesow, rosnacych jak palmy, lsniacych swoimi sylwetkami, jak duchy, na tle czerwonawo-pomaranczowego nieba. Zafascynowana oraz wzbogacona wiedza rozmawialam wiele z lokalnymi ludzmi, ktorzy byli bardzo serdeczni oraz pomocni. Spotkalam tez wrozke, stara, chuda kobiete z pioropuszem na glowie. Siedzac na macie, w transie, w polmrocznej chacie, przy dzwiekach mbira, lokalnego intrumentu, mowila mi o ..mojej przyszlosci. Powiedziala ze cala moja podroz Afrykanska przebiegac bedzie szczesliwie oraz bezpiecznie .. a wiec ruszylam dalej w droge, tyle ze moje zaopatrzenie filmowe zmalalo prawie do zera. Moim ostatnim postojem w Zimbabwe bylo Harare, stolica kraju. Miasto zdominowane bylo przez tysiace niebiesko kwitnacych drzew jacarandy. Bylo to piekne widowisko, tlumiace szarosc budynkow oraz ulic miejskich. Dla mnie Harare bylo miejscem ulgi gdy odzyskalam swoja nowa visa card. Zarowno w Harare jak w Bulawayo zaskoczona bylam setkami ludzi szczegolnie mlodych, dobrze, czesto modnie ubranych, wygladajaco pewnie siebie oraz profesjonalnie. Sliczne dziewczyny mialy setki rodzajow fryzor plecione w warkoczyki, wyprosowane, spiete w kok, czasem z uzyciem sztucznych wlosow, czasem farbowanych na rudo lub blond .. Patrzac na tych ludzi nabralam wiary ze znajda droge do lepszej przyszlosci swojej oraz kraju, pomimo wielkiego kryzysu obecnego, szczegolnie dotliwego dla ludzi na wioskach. W Harare mialam wiele bardzo milych spotkan z innymi podroznikami. Wielka radoscia bylo spotkanie z Peggy oraz Jens, mlodych Niemcow, ktorych spotkalam poprzednio w Mozambiku oraz Namibi. Iddo z Ginat z Iraela zainspirowali mnie wedrowka do Ethiopi. Wdzieczna im bylam za present przewodnik po Ethiopi moja nastepna biblia! Marc, Belgijczyk, pomogl mi wyslac drewniane, rzezbione, tradycyjne krzeslo, ktore wyslal do Australii. Bedzie to moj pierwszy mebel na przyszlosc po powrocie. Tak wiec moja wedrowka po Zimbabwe konczyla sie. Wsiadlam do autobusu, ktorym dotarlam do Lusaka, stolicy Zambia. Przekraczajac w wielkim upale granice, przechodzac kontrole oraz przeszukiwanie bagazu przypomialam sobie dawne czasy podrozy po krajach komunistycznych tak czesto wrecz ponizajacych dla podroznych. W autobusie poznalam mloda kobiete, matke z Zambi, z ktora rozmawialam godzinami. Ona rozpoczela moj kolejny odcinek wedrowki pelen spotkan lokalnych ludzi z prawdziwej Afryki. Z Zambi okolo 10 pazdziernika planuje dojechac do Malawi, skad czescia polnocna dotre do Tanzani. Ogolnie jestem w swietnej formie, zdrowa, usmiechnieta, z coraz to wiekszymi oczyma pochlaniajac co daje mi sie zaobserwowac. Udalo mi sie, po wielu klopotach, dokupic nowe filmy a wiec dalej rejestruje wiele. Wypisalam tez kolejny dlugopis. Powoli wychodze z sezonu zimowego, suchego. Weszlam juz w sezon wiosenny (jacaranda) ale dalej jest sucho I zrobilo sie goraco. Blizej rownika bedzie wiecej wilgotnosci I zieleni za ktora juz bardzo tesknie. Jedzenie mam rozne, czesto lokalne, sadza lub nshima rodzaj gestej kaszy kukurydzianej, podstawowego jedzenia w tej czesci Afryki. Moje owoce teraz to glownie banany, czasem pomarancze. Trudno nie wspomniec piwa. W Zimbabwe bylo Zambezi, w Zambi jest Mosi. W hostelach trudniej jest o wode niz o . piwo! Na koniec dodam, ze w moich listach uzywam glownie nazwy zwierzat I miejsc w wersji angielskiej. Nie jestem w stanie tego zmienic. Sadze ze wiekszosc osob mnie zrozumie a jak nie to znajdzie odpowiedz w slowniku lub atlasie. Myslac o Was, zyczac spokoju oraz zdrowia zalaczam pozdrowienia oraz usciski. Basia Top
|
|
Basia Meder - To live lifetime each day |
|
Christopher Meder - EON Consultancy / Business Manager
|
|
|