Cyganskie Zycie - listy (Polish)

 

Cyganskie Zycie 16 (27 Listopad 2002)
Cyganskie Zycie 17 (11 Pazdziernik 2002)
Cyganskie Zycie 18 (17 Grudzien 2002)
Cyganskie Zycie 19 (18 Luty 2003)
Cyganskie Zycie 20 (22 Marzec 2003
Cyganskie Zycie 21 (24 Luty 2003)
Cyganskie Zycie 22 (2 kwiecien 2003)
Cyganskie Zycie 23 (6 kwiecien 2003)
Cyganskie Zycie 24 (28 kwiecien 2003)
Cyganskie Zycie 25 (21 maj 2003)
Cyganskie Zycie 26 (21 czerwiec 2003)
Cyganskie Zycie 27 (24 czerwiec 2003)
Cyganskie Zycie 28 (15 lipiec 2003)

Listy 1 - 15

 

Cyganskie Zycie 16 (27 Listopad 2002)

 

Drodzy Przyjaciele,

Ostatnie dwa miesiace byly dla mnie wypelnione bardzo roznorodnymi wydarzeniami. Czesto przestalam nadazac w pisaniu swoich notatek. Rowniez dostep do internetu byl nieraz zerowy. Tak wiec teraz nadrabiam zaleglosci. Ogolnie jestem w swietnej formie, chociaz mialam troche klopotow zdrowotnych. Obecnie jestem w Tanzani. Wczoraj bylam okolo 20 kilometrow na poludnie od Dar es Salaam. Pisalam kolejne listy Cyganskie Zycie 16 i 17 oraz robilam plany na dalsza, troche zmieniona, wedrowke na polnoc az do Egiptu.

Siedzialam przy stoliku na piaszczystej, lsniacej bialoscia, plazy. Popijalam lokalna herbate z dodatkiem ..... pieprzu lub chili! Od goracego slonca, na prawie bezchmurnym niebie, chronil mnie daszek z lisci palmowych. Przede mna rozposcieral sie rozlegly Ocean Indyjski, mieniacy sie wieloma odcieniami koloru niebieskiego i zielonego. Szumiace fale uderzaly o brzeg. Na horyzoncie powoli sunely zaglowe lodzie rybackie. Lekki wiaterek ochladzal mnie i rozwiewal moje wlosy i .... kartki papieru. Bylam sama. Ogarnieta bylam spokojem, i zadowoleniem. Usmiechalam sie do swojego zycia ....., i do zycia innych, do ktorych moje uczucia i mysli docieraja.

Wspomnieniami wracalam do Zambi, ktora odwiedzilam w pierwszej polowie pazdziernika 2002. Granice Zimbabwe i Zambi przekroczylam autobusem w towarzystwie mlodej kobiety Jesica, matki trojga dzieci. Spotkanie z nia stalo sie poczatkiem wielu spotkan z mieszkancami kilkunastu wiosek Zambii.

W Lusaka, stolicy kraju, bez problemu porozumiewalam sie po angielsku, ktory jest drugim, po Chichewa, jezykiem oficjalnym. Oczywiscie nauczylam sie pare slow i zwrotow w lokalnym jezyku - to zawsze ulatwialo mi kontakt. Z ulga rozpoczelam ponowne uzywanie swojej karty Visa, poznajac kolejna walute Afryki - Zambia Kwacha (ZK). Ogolnie, moje pierwsze wrazenie Zambii - to widziana wokol ogromna bieda i susza. Spotykani ludzie byli bardzo serdeczni i przyjazni, a szczegolnie na wioskach, ktore odwiedzilam w nastepnych dniach.

Na pierwszej wizycie domowej szybko przestawilam sie na, naturalne tutaj, jedzenie rekoma. Przed i po kazdym posilkiem zawsze myto rece. Podawano wode w dzbanku i polewano rece nad miska. Glowna potrawa byla nshima, gesta kasza kukurydzian (maize). Do tego podawano jarzyny, czasem nieduze kawalki miesa, glownie kurczaki, lub ryby, najczesciej suszone, ulatwiajace dluzsze przechowywanie. Zwrocilam uwage na mala ilosc owocow. Na drzewach dojrzewaly mango ale stale byly nieduze i zielone.

Wielokrotnie zaskoczona bylam (juz tez wczesniej w Zimbabwe) imionami wielu osob, niezwyklym dla mnie wplywem kultury jezyka angielskiego. Wiele osob mialo imiona dla nas brzmiace zabawnie lub niewiarygodnie jak: Lovemore, Memory, Perfect, Fine, Blessing, Charity ...... Inne imiona w jezyku Chichewa tez mialy jakies znaczenie, zwykle pozytywne, jak - "tworca deszczu, radosc, szybkosc ..... Sadze, ze psychicznie moglo to wplywac pozytywnie na indywidualna lepsza pewnosc siebie. Ciekawe jakie mogloby byc moje imie?

Z Jesica odwiedzilam jej przybrana rodzine, ojca i matke, mieszkajacych w Chongwe, okolo 50 km od Lusaka. Naprawde to byl to wujek i ciotka. Opiekowali sie Jesica po smierci jej rodzicow. Z glownej drogi dotarlysmy do rodzinnej wioski idac w wielkiej spiekocie ponad 10 km. Czulam zapach spieczonej i wyschnietej ziemi, od miesiecy czekajacej na deszcz. Mijalam spragnione dzieci szkolne, niemalze przyklejone ustami do publicznej pompy wodnej, nieraz oddalonej kilka kilometrow od domow. Stalam zadumana nad wyschnietymi studniami, ktore dawniej byly zrodlem podstawy zycia. Obecnie, wszystkie kobiety, (ich rola rodzinno-spoleczna), przynosily wode w ogromnych, czasem 30 litrowych pojemnikach, trzymajac je na glowie.

Gliniane, tradycyjne chaty, w wiekszosci prostokatne, byly proste i czyste z zewnatrz i wewnatrz. Sciany chat czesto byly malowane na zewnatrz naluralnymi barwnikami, zwykle w odcieniach brazu, bieli i czerni. Czasem pojawialy sie malunki kwiatow lub formy geometryczne. Dachy, oparte na drewnianej konstrukcji z grubych kijow, powiazanych kora, zrobione byly bardzo starannie z trawy. Siedzac na podlodze, na macie, jedzac posilki rodzinne, czulam sie uprzywilejowana za danie mi serdecznej goscinnosci. Usmiech i proste slowa ulatwialy mi porozumienie sie a zegnajac mialam uczucie ze pozostawiam za soba kolejna rodzine, ktora wniosla tak wiele w moje zycie a ja w ich codziennosc. Radosci tez bylo wiele przy robieniu zdjec, ktore pozostana dla wszystkich wielka pamiatka. Zaskoczona bylam przy pozegnaniu z Jesica widzac w jej oczach lzy i smutek. I to zaskoczenie powtarzalo sie wielokrotnie w nastepnych tygodniach, innych miejscach, przy innych ludziach. Zdalam sobie wiecej sprawe jak duze znaczenie, nie t

I podobnie bylo w wiosce Chikonkoto, okolo 30 km od Lusaka, gdzie zatrzymalam sie na pare dni u Florence, 30-letniej matki 4-ga dzieci ale juz wdowy. Kontakt dostalam z hostelu backpackers, Chachacha lodge w Lusaka. W ciagu paru godzin widzialam wplyw mojej obecnosci. Za otrzymane ode mnie pieniadze (ok US$20) Florence natychmiast pobiegla kupic 25 kg worek z kasza kukurydziana, co starczalo na 2 tygodnie wyzywienia dla calej rodziny. Jej zapasy juz sie skonczyly. Kupila tez natychmiast wegiel drzewny, jedyny opal, suszone ryby i jarzyny. Ja przynioslam dodatkowo owoce dla dzieci, pomarancze i jablka, oraz .... balony, ktore wywolaly wiele zabawy i radosci wieczorem. Spalam tez w ich tradycyjnej chacie ale dostalam miejsce na jedynym lozku. Nastepnego dnia usmazylam na sniadanie (rzadkie w tym domu) placuszki na oleju z gotowej przywiezionej mieszanki macznej z dodatkiem bananow. Wszystkie skladniki ja przywiozlam w plecaku. Uciecha byla wielka. Do tego doszla kolorowa galaretka z jablkami, ktor

Ja rowniez mialam mozliwosc poznania ich smakow kulinarnych. Oprocz nshima, kaszy kukurydzianej, jedlismy zielone gotowane jarzynki-liscie, przed gotowaniem wygladajace jak zielsko. Byly tez smazone i przyprawione smacznie suszone cale rybki, wielkosci 2-4 centymetrow. Przysmakiem byla drobno poszatkowana kapusta, podsmazona z cebula i pomidorami. Dodatkiem byly smazone z przyprawami jajka, ktore tu kupuje sie na sztuki i sa bardzo drogie. Wiekszosc tych dodatkow rodzina Florence nie miala juz od wielu tygodni. W innym domu, kobieta w moim wieku, smazyla na sprzedaz male jakby paczki. Ku radosci obecnych dzieci, doroslych i mojej sami zjedlismy wszystkie paczki - fritas, za mala moja oplata.

W tej wiosce Chikonkoto poznalam rowniez inny zwyczaj. Kazdy czlonek rodziny, wlacznie z dziecmi, mogl nalezec do roznego wyznania - kosciola. Mialam wrazenie, ze zalezalo to od ... osoby, ktora prowadzila kosciol, jakie prowadzila zajecia, np kolo kobiet, grupy choralne z afrykanskimi rytmami, dajace wsparcie materialne itp. Bedac na uroczystosciach w dwoch kosciolach bylam przyjmowana jak gosc honorowy z przedstawieniem mnie z oltarza. Wszyscy, czasem ponad sto osob, czulo sie w obowiazku, z radoscia podac mi reke. Nigdzie na swiecie nie spotkalam sie z tak zroznicowanymi odmianami chrzescijanstwa.

Po opuszczeniu Lusaka i okolic pojechalam na wschod do Katete, niedaleko granicy z Malawi. Na pare dni zostalam gosciem Elke, Australijki pochodzenia niemieckeigo, poznanej przypadkowo w Lusaka. Byla ona dyrektorem zarzadu Tikondane Community Centre, zgrupowania 36 wiosek, powstalym z jej inicjatywy, ktore tez serdecznie mnie powitalo. Od switu do nocy przechodzilam przez niezwykle intensywne przezycia i obserwacje.

Tuz po wschodzie slonca, razem z Elke i lokalnymi przewodnikami, godzinami szlysmy kilometrami, w upale, przez kilkanascie wiosek. Zroznicowanie lokalnego zycia bylo ogromne. W wiekszosci zalezalo to od dostepu do wody pitnej, ktora w tych okolicach byla prawdziwym dramatem zyciowym. Kobiety z kilku odwiedzanych wiosek czerpaly wode do swoich pojemnikmow z brudnych i metnych bajor. W innych wioskach byly studnie glebinowe, z ktorych wode czerpano w kublach zawieszonych na kilku-metrowych sznurach - polaczonych pasmach kory. W kontrascie tego moje zwykle zycie wydawalo mi sie tak bardzo prozaiczne. Wioski te zrobily na mnie wrazenie najbiedniejszych jakie widzialam dotychczas w Afryce, poza Lesotho i Madagascar. Brak wody pitnej, zywnosci, ubrania, butow, jakiegokolwiek dochodu pieniedzy to byly codzienne dramaty mieszkancow Tikondane Community z Katete. Te dramaty stawaly sie nieustannym zrodlem innych problemow - chorob, smierci, sieroctwa itd.

Z mojego punktu widzenia, duza czescia rozwiazania tych problemow jest pomoc zewnetrzna z krajow rozwinietych. Ale nie tylko. Konieczna jest rowniez duza aktywnosc lokalna i wlasnie Tikondane Community Centre jest tego pieknym przykladem. Ponad 20 osobowy zarzad stara sie dogladac indywidualne i grupowe problemy 36 wiosek. Rowniez tworzy zrodlo dochodu. Zbudowanli dom goscinny - Geust House, otworzyli mala restauracje, wykonuja i sprzedaja wyroby sztuki i rzemiosla oraz sa w trakcie organizowania dzialalnosci turystycznej, dotyczacej lokalnej kultury. Zainspirowana ich dzialalnoscia i opowiesciami zaproponowalam im opublikowanie przez siebie w Australii ich lokalnych opowiadan i legend, napisanych przez czlonka Zarzadu, pisarza, Fridrick. Opowiadania te zilustrowane by byly przez Shadreck, lokalnego artyste, tez czlonka zarzadu, a jako dodatek bylby moj reportaz fotograficzny. Moja oferta zostala przyjeta z entuzjazmem i mam nadzieje ze zaowocuje w przyszlosci. Jestem rowniez wdzieczna Sandra z Canberra z

Na zakonczenie pobytu w Katete zobaczylam niezwykle wieczorne widowiska taneczne. Pierwszy byl to taniec dziewczat, przed inicjacyjny. Obecnosc dozwolona byla tylko dla kobiet ale pozwolono mi robic zdjecia. W polmroku, w malej chacie, przy blasku swieczek i przy mocnych dzwiekach bebnow, kilka 12-15 letnich polnagich dziewczat z pomalowana skora w szare-biale latki, wprowadzane byly przez starsze kobiety w tajniki tradycyjnego rytualnego tanca. Bebny grzmialy. Niesmiale smukle dziewczeta wchodzily w taneczny trans. Nikle swiatlo padalo na ich delikatne jedre ciala. Rytmiczne dzwieki spiewu i bebnow zachecily wkrotce do tanca inne starsze kobiety, czasem nawet ze spiacymi dziecmi przytroczonymi do plecow. Nic wiec dziwnego, ze ....... i ja tez dolaczylam do nich (ku ogolnej radosci), korzystajac z zaproszeniamia. Ale oczywiscie zabraklo mi odwagi do obnazenia sie. Otulilam sie tylko wokol nog dlugim barwnym materialem.

Tego wieczoru, pod rozlorzystym drzewem mango, juz zupelnie po ciemku tylko przy blasku ksiezyca, ogladalam drugi taniec mlodych chlopcow. Na glowie mieli zalozona pierzasta maske, calkowicie zaslaniajaca twarz. Polnadzy, przybrani krotkimi trawiastymi spodniczkami i ozdobami bosych nog, stapali rytmicznie w piasczystej ziemi przy grzmiacych bebnach i spiewie grupki dzieci. Byl to taniec symbolizujacy rozmowe z duchami. Ten taniec, ktory po paru minutach stawal sie transem ruchu i pojekiwania, trwal wiele godzin.

No ale przyszedl kolejny czas na pozegnania. Elke, w moim wieku, stala mi sie bliska jak siostra, inni jak krewni. Ale moja fascynacja odkrywania dla siebie i innych roznorodnej Afryki stale, po 7 miesiacach, byla w mojej krwi. Tak wiec ruszylam dalej. Z Katete, jadac okropnymi drogami, z dziurami i wybojami, mini-autobusami, taksowkami, na piechote, przekroczylam granice Zambii i wjechalam do Malawi. Byl to ostatni kraj z calej dostepnej dla turystow Afryki Poludniowej i ostatniego kraju z mojego, mocno zuzytego, przewodnika Lonly Planet. Moj pobyt w Malawi i Tanzani opisze w liscie 17.

Z usmiechem, serdecznosciami i usciskami,

Basia

Powrot do poczatku strony
Afryka - glowna strona

 

 
Cyganskie Zycie 17 (27 Listopad 2002)

 

Drodzy Przyjaciele,

Kolejne dwa tygodnie w pazdzierniku 2002 spedzilam w Malawi, nieduzym kraju obszarem ale o ogromnym zaludnieniu. Prosto z granicy z Zambi dotarlam do Lilongwe, nieduzej stolicy Malawi. Jak i w Zimbabwe i Zambi stale bylo tu jeszcze duzo kwitnacej wiosennie i niebiesko
jacarandy - moich ulubionych drzew. Po krotkiej wizycie w miescie, dokupieniu filmow, wymianie pieniedzy na Malawian Kwacha (MK) oraz uzyskaniu lokalnych informacji, ruszylam w dalsza droge. Moim celem byla wyspa Likoma, lezaca na jeziorze Malawi (Nyasa). Jezioro to jest ogromne jak ocean, o dlugosci prawie 600 km, szerokosci dochodzacej do 100 km i glebokosci do 700m! Brzegi naleza do trzech krajow - Malawi, Mozambique i Tanzani.

Mini-autobusem i otwarta ciezarowka, razem z lokalnym tlumem i ich zyciem jechalam nastepne pare godzin az dotarlam do wioski Nkhota Kota. Droga byla znacznie lepsza niz w Zambi. Domy i zycie tez wygladalo na znacznie lepsze, zamozniejsze. Pola zielenily sie uprawami. Przy drodze sprzedawano setki ryb - bogactwo jeziora Malawi. Wioska Nkhota Kota lezala na brzegu jeziora, wsrod baobabow i drzew mango. Stad, nastepnego dnia, odplynelam statkiem Ilala na wyspe Likoma. Na poczatku okazalo sie ze dostep do statku nie byl latwy. Na szczescie spotkalam innych podroznikow i razem wspieralismy sie. O swicie, ogromny tlum z wielkimi bagazami (handlowcy), z duza iloscia mieszkancow z Mozambique, usilowalo dostac sie do niewielkiej lodzi, idac czasem po pas w wodzie. Lodz ta zabierala kolejne grupy do statku stojacego na glebszej wodzie. No coz, byla to kolejna nielatwa ale udana przygoda. Plynelismy caly dzien zawijajac do wielu portow, glownie na przeciwleglym brzegu Mozambique.

Do wyspy Likoma dotarlismy juz po ciemku. Wyspa ta nie miala elektrycznosci. Zycie bylo proste i tradycyjne. Planowalam zostac tu az do nastepnego statku, ktory przyplywal dopiero po tygodniu. Znalezienie hostelu okazalo sie kolejna trudna przygoda. Z dwojgiem amerykanskich podroznikow bladzilismy po ciemku az do polnocy. Zmeczeni bardzo, z pomoca lokalnych mieszkancow, w koncu znalezlismy hostel urokliwie schowany w nieduzej zatoczce na plazy. Wiekszosc czasu spedzilam tu sama bo Amerykanie poplyneli lokalnymi lodziami na nastepna wyspe. Moj domek z lisci palmowych mial widok prosto z lozka na rozlegla bekitna przestrzen wodna. W poblizu byl las baobabow. Zielone drzewa pawpaw obwieszone byly owocami, a ogromne drzewa mango, tez z owocami jak na drzewku Bozo-Narodzeniowym, dawaly wiele cieni. O swicie budzilo mnie pianie kogutow i glosny spiew setek ptakow. Bylo upalnie. Codziennie plywalam w jeziorze a jednoczesnie, tak jak dla wszystkich lokalnych mieszkancow, byla to moja lazienka. Na szczescie ubikac

Od poczatku sprzyjalo mi szczescie. Pierwszego dnia odbywaly sie, w pobliskiej wiosce rybackiej, tradycyjne tance Chioda. Kilkaset kobiet z wysp Likoma i pobliskiej Chizumulu, pod rozlozystym drzewem mango, godzinami tanczyly i spiewaly do poznego wieczora. Kilkanascie bebnow, ze zmieniajacymi sie graczami, dudnilo glosno, nadajac rytm tanczacym i spiewajacym kobietom. Pot splywal po usmiechnietych i radosnych twarzach. Kolorowe spodnice-materialy jak sarongi, migaly szybko. Niektore kobiety tanczyly z malutkimi dziecmi (nieraz spiacymi!), przytroczonymi chustami do plecow. Tlum kobiet, dzieci i mezczyzn wpatrywal sie w to widowisko. Ja robilam zdjecia. Czulam sie fantastycznie. Latwo nawiazywalam kontakt z ludzmi. Nic wiec dziwnego, ze pod koniec dnia ...... bylam tez w kregu tanecznym. Opasana materialem dreptalam w nieustajacy rytm bebnow, nasladujac inne kobiety.

Pod koniec wieczoru niespodziewanie nawiazalam rozmowe z Joseph, poznanym poprzedniego dnia w czasie nocnej wedrowki. Byl znanym czlonkiem zarzadu wyspy. Opowiedzialam mu o ostatnim swoim spotkaniu z ludzmi w Katete w Zambii oraz o propozycji ksiazki. Zainteresowal sie bardzo. Okazalo sie ze mieszkancy wyspy posluguja sie jezykiem narodowym Chichewa, tym samym ktory uzywany byl we wschodniej Zambi. Moja propozycja ksiazki byla wydania jej w dwujezycznej wersji. Dlatego Joseph nie tylko chcial dostac kopie w przyszlosci ale entuzjastycznie zaoferowal ze mieszkancy wyspy maja swoje ciekawe opowiadania i tez moga je spisac. Przykladem moze byc historia duzego kosciola katolickiego postawionego na miejscu .... palenia czarownic! Na wyspie stale znajduje sie kilka osob zajmujacych sie witchcraft - sztuka czarow i duchow.

Oczywiscie mnie wiele nie trzeba dodawac entuzjazmu. Z radoscia zaoferowalam pomoc w wydaniu ksiazki, podobnie jak w Tikondane Centre w Zambi. Siedzac w barze na plazy, pod drzewem mango, popijajac wersje piwa dunskiego, produkowanego w Malawi - Carlsberg, sluchajac szumu fal, umowilismy sie z Joseph na nastepne spotkanie. W ciagu tygodnia przeszlam sama przez cala gorzysta wyspe wzdluz i wszerz. Znajdowalo sie tam 12 wiosek majacych okolo 6 tysiecy mieszkancow. Wioski lezaly glownie na wybrzezach. Glownym zajeciem ludnosci bylo rybolostwo. Idac sciezkami miedzy wioskami szybko nawiazywalam kontakt, szczegolnie z dziecmi. Proste pozdrowienia wywolywaly zawsze usmiech i otwartosc. Czasem przeradzalo sie to w dluga rozmowe z mieszkancami lub zabawe z dziecmi. Obserwowalam, fotografowalam i pochlanialam otaczajace mnie zycie tak inne, bez elektrycznosci, prawie bez urzadzen mechanicznych, zmieszane z dawnymi kulturami i zwyczajami wedrujacych przez wieki plemion z Zimbabwe, Zambie, Mozambique i Tanzanie

Duzo czasu spedzilam tez po prostu odpoczywajac i kapiac sie w jeziorze. Udalo mi sie tez, pierwszy raz po 8 miesiacach, wyprac swoj duzy plecak. Ale juz po nastepnych tygodniach wygladal juz po staremu, przykurzony. Nowe pomysly ksiazkowe zmobilizowaly mnie tez do wielogodzinnych przemyslen, notatek i w efekcie zrobienia projektow ksiazek. Tak wiec postanowilam zaprojektowac cykl ksiazeczek "Afrykanskie Opowiesci" ("African Tales") i w tym wydac poezje z Madagaskaru, opowiesci z Zambi, Malawi a moze pozniej i inne. Wszystko byloby dwujezyczne, tak aby bylo zrozumiale dla lokalnej ludnosci. Zawsze bylaby wersja angielska, jako wersja miedzynarodowa. Wierze, ze uzyskam poparcie i pomoc wsrod przyjaciol i znajomych aby przygotowac wszystko na komputerze. Wdzieczna jestem Sandrze z Canberra, ktora juz zgodzila sie pomagac. Wierze tez w siebie. Ale glowna praca nalezala bedzie do osob piszacych. Tak wiec czas pokaze czy bede w stanie te projekty zrealizowac.

Po tygodniu, zegnajac sie serdecznie z mieszkancami, opuscilam wyspe Likoma, ponownie znajdujac sie na statku Ilala. Tym razem podroz trwala cala noc. Spalam na gornym pokladzie, na lawce, opatulona w spiwor. Bylo goraco. O swicie wielka czerwona kula slonca ukazala sie nad powierzchnia wody w otoczeniu wielobarwego nieba. Dotarlismy do portu, miasteczka Nkhota Bay, gdzie zmuszona bylam zatrzymac sie przez nastepne pare dni. Wieczorem, po doplynieciu statkiem, nagle poczulam sie chora. Mialam dreszcze, bolaly mnie wszystkie stawy, nie moglam nic jesc i okazalo sie ze mam wysoka temperature. Wlasciciel hostelu, Australijczyk, szybko stwierdzil ze podejrzewa malarie. Nastepnego dnia podwiozl mnie do lokalnego szpitala, zrobilam badanie i wynik stwierdzil ze tak, mialam malarie. Na szczescie, podobno dzieki srodkom ktore biore (Larium), nasilenie choroby bylo bardzo niskie. Dostalam 3 tabletki jako jednorazowe leczenie i nastepne pare dni spedzilam siedzac na tarasie, wpatrujac sie w jezioro, odpoczywajac i

Ale po trzech dniach poczulam sie lepiej i postanowilam ruszyc dalej. Chcialam przekroczyc granice do Tanzani. Dla bezpieczenstwa, pojechalam razem z mlodym podroznikiem, Melvinem z Anglii. Calodniowa wedrowka mini-autobusami, pieszo i taksowkami pozwolila nam przejsc granice na wielkim moscie. Czulam sie dobrze ale nastepnego dnia bylam znow oslabiona. Pomimo tego ruszylismy dalej na krotka podroz do Mbeya, miasteczka na zachodzie Tanzani. Tutaj pierwszy raz od wielu tygodni mialam dostep do internetu. Poznalam tez nowe pieniadze, Szyling Tanzanski (TSch). Weszlam tez w nowy jezyk, Swahili, ktory bedzie mi towarzyrzyl po calej Tanzani, Ugandzie i Kenii. Po paru dniach odpoczynku, juz sama, ruszylam znow dalej. Tym razem pociagiem, 25 godzin, z miejscem na spanie, dotarlam do Dar es Salaam, miasta portowego nad Oceanem Indyjskim. Pociag mial piekna trase. Najpierw byly wysokie gory z soczysta zielenia, za ktora juz tak tesknilam od kilku miesiecy. Potem przejezdzalismy przez Selous Game Par

W koncu dotarlam do Dar es Salaam (w Swahili-Miejsce Pokoju), w zupelnie innym klimacie nadmorskim, lasow palm kokosowych, gajow bananowych i innych roslin i drzew tropiku. Zmienil sie tez zupelnie nastroj spotkanych ludzi. Pierwszy raz weszlam w niezwykla mieszanke swiata afrykanskiego, arabskiego, hinduistycznego i europejskiego. Idac ulicami centrum co pare minut mialam wrazenie jakbym wedrowala po wielu roznych krajach. Uliczki z meczetami, muzulmanie tlumnie widoczni na ulicach w tradycyjnych czapeczkach i dlugich, zwykle bialych, sukmanach a ich kobiety okryte dluga, czarna peleryna z kapturem na glowie. Obok ulice ze swiatyniami hinduistycznymi, zapachami kuchni azjatyckiej, kobiety w wielobarwnych sarongach, zupelnie jak w Indiach. Na innych uliczkach twarze typowo afrykanskie, sprzedawcy lokalnych wyrobow z drewna, kobiety z wlosami splecionymi w rozne style warkoczykow, mezczyzni w wiekszosci z ogolonymi glowami lub bardzo krotko przystrzyzonymi. Fascynujaca mieszanka spoleczna, zyjaca w wielkie

Postoj w Dar es Salaam zaplanowalam jako kolejny postoj fotograficzny. Wywolalam 47 filmow negatywowych i 12 filmow slidowych. Poniewaz moje ostatnie dwa miesiace byly pelne spotkan z ludzmi a wiec mialam wiele zdjec do wyslania. Byla to potezna praca. Do tego zrobilam kolejne dwa opisane albumy i wszystko wyslalam do Polski. Czesc przesylki, negatywy i slidy zabrane zostaly przez spotkanych Polakow. Zrobolam tez specjalny prezent dla Tikondane Community Centre w Katete, w Zambii. Wybralam kilka zdjec z ich wiosek i zrobilam 300 kopii kalendarza na rok 2003. Obiecalam im to i udalo mi sie to wykonac, spotkac innych podroznikow, ktorzy przesylke-paczke zabrali z soba. Przesylka ta powinna dotrzec do Katete w tych dniach. Dla mnie jest to wielka radosc i mile wrazenie ze moja obecnosc bedzie pamietana przez wiele osob.

W czasie pobytu w Dar es Salaam pojechalam na pare dni na wyspe Zanzibar, ktora ponownie zafascynowala mnie swoja historia, ludzmi, palacami sultanow, ogrodami wszystkich niemalze przypraw swiata, swietnym jedzeniem i pieknym wybrzezem. Chodzac z Anita, mloda Australijka, po waskich i kretych uliczkach, wsrod opatulonych na czarno kobiet, lub w bialych szatach mezczyzn, sluchajac spiewu z wiez meczetow, mieszajacych sie czasem z dzwonami z wiez koscielnych mialam wrazenie jakbym cofnela sie o wieki. Niewiele sie tu zmienilo. Na szczescie nie istnieje juz od dawna handel niewolnikami ale jest po tym wiele sladow. Razem z Ahmedem, wlascicielem swietnego, niedrogiego, zabawnie udekorowanego hotelu "Princess Inn" i Anita, przelamalam swoja diete piwna. Czulam sie swietnie, objawy malari i oslabienia minely i z rozkosza sprobowalam piwa Tanzani "Kilimanjaro". Bawilismy sie tak dobrze, ze po paru dniach Ahmed powaznie zaproponowal mi abym dolaczyla do jego ....... haremu. Stwierdzil ze jego zona, mies

Pare dni spedzilam tez na pieknej plazy, na poludnie od Dar es Salaam, gdzie zaczelam pisac oba listy Cyganskie Zycie 16 i 17. Stale mam klopoty z uzupelnieniem moich wlasnych notatek. Moje dni wypelnione sa od switu do nocy. Mam jakies dziwne wrazenie jakbym odmlodniala, bo dosc czesto ogladaja sie za mna bardzo mlodzi i bardzo przystojni mezczyzni, nawet ..... dwudziestolatki. Ich skora wyglada pysznie! Oj musze sie trzymac w garsci bo znow moge stracic swoja wtorna cnote! W Dar es Salaam jest goraco, wilgotno i dusznie. A wiec z radoscia mysle o wyjezdzie w gory. 15 listopada bede juz u podnoza gory Kilimanjaro! Nie planuje wchodzenia na zadne szczyty. Powedruje tylko po okolicy i bede ruszac dalej do Arusha, potem przez park Serengeti na zachod gdzie mam nadzieje dotrzec do Rwandy aby zobaczyc goryle w lesie. Stamtad pojade do Ugandy, Kenii i swieta planuje spedzic w Etiopii. Tak, moje plany czasowe ulegly troche zmianie. Postanowilam pozostac w Afryce o dwa miesiace dluzej, do marca-kwietnia 2003.

Konczac, przypominam ze moje wszystkie listy mozna znalesc na mojej stronie www.basia.meder.net

Rowniez podaje swoj kontakt na zwykle listy w miesiacu grudniu do polowy stycznia 2003:

Barbara Meder, Poste Restante, General Post Office, Addis Ababe, Etiopia

Z Dar es Salaam, Miasta Pokoju, posylam zyczenia dla wszystkich aby udalo nam sie znalesc pokojowe porozumienia w obecnej trudnej sytuacji na swiecie.

Z calusami i usciskami,

Basia

 

Powrot do poczatku strony
Afryka - glowna strona

 

 
Cyganskie Zycie 18 (17 Grudzien 2002)

 

Drodzy Przyjaciele,

Kolejny raz nie nadazam z notatkami z podrozy a wiec pisze w skrocie. 14 listopada, z ulga, wyjechalam z goracego i parnego Dar es Salaam do polnocno wschodniej, gorzystej czesci Tanzani. Okolice zmienily sie bardzo. Wokol zrobilo sie bardzo zielono. Droga coraz bardziej kierowala sie w gory. Kilometrami ciagnely sie plantacje ananasow.

Pierwszy postoj zrobilam w Moshi, malym miasteczku, polozonym u podnoza najwyzszej gory Afryki, Kilimanjaro (5896 m). Simon oprowadzil mnie po okolicy, poznal ze swoja rodzina, z lokalnymi zwyczajami, wlacznie z degustacja lokalnego piwa z .... babanow! Drugim postojem bylo miasto Arusha. Razem z Azizi i Henry wedrowalismy przez fascynujace i tradycyjne wioski Maasai, polozone na stokach gory Meru (4566 m). Wiekszosc kobiet i wiele mezczyzn nosila wiele ozdob na szyi, rekach i nogach. Ulubiony kolor Maasai jest czerwony a wiec z daleka latwo bylo rozpoznac idace osoby.

W Arusha bardzo zmeczylo mnie natrectwo mlodych naganiaczy turystycznych. Zdecydowalam sie na szybka zmiane planow i wyjechalam z Tanzani do Nairobi, stolicy Keni. Stad, nastepnego juz dnia, dolaczylam do safari po parku Masai Mara. Ponownie pojawil sie przede mna fantastyczny swiat zwierzat afrykanskich, slonie, lwy, zebry, antylopy, gazele, setki wedrujacych wildbeast-gnu, buffalos, hippos i wiele innych. Byly to znow chwile emocji i radosci, tymbardziej ze krajobraz byl niezwykle zielony, tak inny od czesci Afryki poludniowej gdzie bylam w poprzednich miesiacach.

Park Masai Mara jest terenem zamieszkanym rowniez przez plemiona Maasai. Dla mnie wiec byla bardzo ciekawa wizyta w jednej z ich wiosek. Poznawalam ich zwyczaje, tance, spiewy, wchodzilam do okraglych glinianych domow, fascynowaly mnie kolorowe koralikowe ozdoby. Dalej, moje safari dotarlo do Jeziora Nakuru, ktore miejscami przybieralo kolor ......rozowy, nadany przez tysieczne kolonie flamingow, bedacych w nieustajacym ruchu. Przy nich bylo tez setki pelikanow, bocianow, kaczek i innych ptakow. Istny ptasi raj. Udalo mi sie podejsc do nich dosc blisko i oszolomiona wsluchiwalam sie w glosne "ptasie rozmowy", brzmiace jakbym byla w olbrzymim ulu.

W Nakuru, w Keni odlaczylam sie od safari i ruszylam sama dalej na polnoc do Kampali, stolicy Ugandy. Zaczelam swoje krazenie wokol rownika. Wokol wiecznie byl ocean zieleni. Minelam tez zrodla Nilu. W Kampalii zdecydowalam sie na dokladniejsze badania i konsultacje lekarskie. Bylam oslabiona i niepewna. Na szczescie wszystkie badania wykazaly, ze moja malaria zostala calkowicie zlikwidowana, ze bylam wolna od bulharzi jak rowniez od innych chorob tropikalnych. Za namowa lekarki zdecydowalam sie odpoczac przez tydzien i pozostalam w jednym miejscu w milym hostelu z ladnym ogrodem. Spalam, czytalam, znow spalam i czytalam i dodatkowo wzielam zwiekszona dawke witamin. Dodajac do tego dobre lokalne piwo, Nile Special, szybko poczulam sie silniejsza.

Po tygodniu wrzucilam plecak na plecy i ruszylam dalej w droge do Rwandy. Jest to kraj pelen niepokojow, swiezych ran dramatycznej wspolczesnej historii i rzeczywistosci, widocznej na kazdym kroku. Nigdzie w Afryce nie widzialam tylu przerazajacych kalek i zebrakow. Wyczuwalam niepokoj ludzi oparty na podswiadomym leku. Zaskakiwala mnie stale sensacyjna reakcja ludzi na widok "muzungu" - bialego. Pomimo to czulam sie spokojnie i bezpiecznie. Zaintrygowana bylam obserwacjami i porownaniami z ksiazka R.Kapuscinskiego "Heban", ktora mialam ze soba w wersji angielskiej.

W Kigali, stolicy Rwanda, zalatwilam pozwolenie na wedrowke w gorach wulkanicznych kolo Ruhengeri, graniczace z Uganda i Congo, gdzie zyje 500 ostatnich na swiecie olbrzymich goryli. Idac stromymi, sliskimi i blotnistymi sciezkami z przewodnikami, uzbrojonymi zolnierzami i dwojka Niemcow, wsrod tropikalnej dzungli, w mgle, w ulewnym deszczu czulam swoje podekscytowanie. Po kilku godzinach trudnej wedrowki nie moglam powstrzymac sie od okrzykow radosci na widok odkrytej grupy goryli. Ponownie mialam wrazenie jakbym ogladala film. Deszcz ustal i slonce oswietlilo wysoko porosnieta polane, na ktorej krecilo sie stado, okolo 20 osobnikow, olbrzymich goryli gorskich - dwoch samcow, liderow (silverback), samice, dzieci, mlodziez ....... Bylam w odleglosci 2-4 metrow!

W Rwanda odwiedzilam jeszcze miejscowosc Gisney, polozona nad jeziorem Kivu, graniczacym z Congo. Stad, malo uczeszczanym przejsciem granicznym w Cyanika, wrocilam do Ugandy. Do pierwszej wioski Kisoro dotarlam wyboistymi, prawie polnymi drogami ..... na motocyklu (jako pasazer), objuczona wielkim plecakiem z tylu i mniejszym z przodu. Byl to jedyny dostepny srodek transportu. Dalsza wedrowka po Uganda poprowadzila mnie do Fort Portal, krazac stale przy gorzystej granicy z Congo. Dalej posunelam sie do Masindi i Parku Marchinson Falls. Tutaj, rzeka Victoria Nile, tworzyla na waskim 6 metrowym wawozie niezwykly "kociol" wodny, wodospad, spadajac z hukiem okolo 70 metrow, robiacy wrazenie super turbiny wodnej.

Wracajac do Kampala widzialam zmieniajacy sie krajobraz Ugandy. Jest to kraj gorzysty, wiecznie zielony z klimatem tropikalnym i temteraturami stalymi przez caly rok. W wiekszosci kraj ten pokryty jest ogromnymi polami 2-5 metrowymi plantacjami drzew bananowych. Sa to glownie banany zielone do gotowania, w smaku podobne do ziemniakow. Jest to glowny skladnik lokalnych posilkow, zwany matoke. Uganda ma tez kilometrowe plantacje herbaty i trzciny cukrowej. W mijanych rejonach obserwowalam wiele kobiet chodzacych w tradycyjnych dlugoch sukniach przepasdanych szerokim pasem a na ramionach uniesionymi jakby rekawkami wygladajace jak male skrzydelka. Jak zwykle w Afryce towary noszono na glowie. W tych okolicach nie zdecydowalam sie na sprobowanie jednego lokalnego przysmaku - smazonych konikow polnych! Lapano je wieczorem wokol mocnych reflektorow.

W Kampali wywolalam kolejna serie filmow, wyslalam duzo listo i paczke z filmami. Spotkalam tu duzo ciekawych podroznikow wymieniajac wiele informacji. Rick, Belg, dal mi duzo ciekawych informacji o Etiopii. Garry, Australijczyk, byl milym towarzyszem do piwa. Wsrod lokalnych osob Florence i jej syn Piotr umozliwili mi poznanie ich zycia i obserwacji lokalnej "smietanki" spolecznej.

Zafascynowala mnie tez mloda pisarka, Nakitto Peace, znajoma Rick. Moze wiec powstanie kolejna ksiazka z opowiesciami afrykanskimi? Czas pokaze czy entuzjazm innych dorowna mojemu. Nadszedl w koncu czas pozegnan z ludzmi i ta czescia Afryki. W hostelu w Kampala czulam sie jak w domu. 17 grudnia ruszam autobusem do Etiopii, przejezdzajac przez Kenie (Nairobi, Isiolo, Marsabit). Granice przekrocze w Moyale i na poludniu, w okolicy Konso i fascynujacej kulturowo Doliny Omo, spedze okres swiateczny. Jest to zupelnie inna czesc Afryki. Moj dostep do internetu bedzie znikowy.

Dziekuje wszystkim za przyslane zyczenia i serdecznosci. Zycze Wam wszystkim pogodnych, zdrowych i radosnych Swiat i spelnienia wielu dalszych marzen w Roku 2003. Oby spokoj i radosc byla glownym gosciem w naszych sercach, duszach i domach.

z usciskami i ucalowaniami,

Basia

Powrot do poczatku strony
Afryka - glowna strona

 

 
Cyganskie Zycie 19 (18 Luty 2003)

 

Witajcie Drodzy Przyjaciele,

Moja podroz po Afryce przedluzylam ......... do konca maja. Obecnie jestem od 12 lutego w Ghana w Afryce Zachodniej a nie jak planowalam byc w lutym juz w Europie.

Ostatnie dwa miesiace byly bardzo intensywna, czesto trudna podroza i w wiekszosci zimna - uzywalam swoje wszystkie cieple ubrania, wlacznie z czapka i rekawiczkami. Przygod, wrazen i emocji bylo wiele. Nie nadazalam w pisaniu swoich notatek. Dostep do internetu byl minimalny. Tak wiec teraz nadrabiam zaleglosci przed wyruszeniem w ostatni odcinek podrozy po Afryce i przed ponownym odcieciem od komputerow. Jestem zdrowa, szczesliwa i stale pelna wytrwalosci, energi i entuzjazmu do dalszej wedrowki po Afryce Zachodniej, do kontynuowania mojej przygodowej drogi zycia.

Kolejny odcinek mojej afrykanskiej wedrowki byl ogromny, trudny i wyczerpujacy ale fantastyczny. Srodki transportu mialam rozne - autobus, samochod terenowy, ciezarowka, samolot, lodz, no i .... pieszo tez. Z Ugandy szybko dotarlam do Kenii, skad polnocna trudna droga przekroczylam granice Etiopii. Swieta i Nowy Rok spedzilam w niezwyklej i odizolowanej Dolinie Omo, wsrod ludzi gdzie czasem rzeczywistosc cofala sie o setki lub ..... tysiace lat. Do konca stycznia wedrowalam po polnocnej Etiopii. 31 stycznia, samolotem, dotarlam do Egiptu. Z zalem zrezygnowalam z wedrowki po Sudanie, majac nadzieje ze kiedys tu wroce. Pobyt w Egipcie byl krotki, tylko 12 dni, poniewaz mialam klopoty z dalszym polaczeniem lotniczym do Ghana. Sadze jednak ze zobaczylam bardzo duzo, moze to co innym zajelo by kilka tygodni. Po prostu ...... malo spalam lub noce spedzalam w pociagu, autobusie czy samolocie.

Bylo to fantastyczne i fascynujace zakonczenie mojej wedrowki przez Afryke, od Cape Town w Afryce Poludniowej az do Aleksandrii w Egipcie. Cala ta wedrowka trwala prawie rok czasu, 348 dni. W przezyciach poznawalam kilka tysiecy lat historii, zycia ludzkiego i zmian natury na tym fascynujacym kontynencie. Zrozumialam jak bledny byl moj i innych obraz Afryki. Odwiedzilam 16 krajow - South Afryka, Madagascar, Lesotho, Swaziland, Mozambique, Namibia, Botswana, Zimbabwe, Zambia, Malawi, Tanzania, Kenia, Uganda, Rwanda, Ethiopia oraz Egypt. Ogrom zroznicowania rejonow, krajow, kultur i zwyczajow byl niesamowity. Bogactwo kontynentu z niezwyklymi kontrastami natury i zycia bylo trudne do uwierzenia. Mozna bylo tu spotkac zycie ludzi niemalze z epoki kamienia i nagle przeniesc sie w bogactwo milionowych swiatel nowoczesnych miast.

Ludzie w Afryce maja kolor od weglowo-czarnego do bialego, kolor oczu od czerni do niebieskiego, kolor wlosow od czarnego do blond. W wiekszosci sa serdeczni i pomocni. W niektorych krajach czulam wiekszy wplyw kolonizacyjny, w innych wieksza niezaleznosc i pewnosc siebie i jeszcze w innych jakby stale uzaleznienie sie od pomocy krajow rozwinietych. Oczywiscie spotkalam tez wiele ciekawych podroznikow i nawiazalam wiele serdecznych przyjazni, zarowno wrod nich jak i wsrod ludzi lokalnych. Tak, moja Rodzina stale powieksza sie.

Pomimo kilkudziesieciu lokalnych jezykow uzywanych w odwiedzonych przeze mnie 16 krajach glownie poslugiwalam sie jezykiem angielskim. Czasem bylo to latwiejsze lub trudniejsze ale przy ograniczonym czasie zawsze ulatwialo podroz. Poznanie chociaz kilku slow jezyka lokalnego zawsze wzbogacalo moje lokalne kontakty z ludzmi.

Trudno nie wspomniec - gdzie spalam. A wiec w wiekszosci byly to male hoteliki, czasem wspolne pokoje ale w wiekszosci mialam swoj. Jakosc hoteli byla od "minus piec gwiazdek" az do "plus trzech gwazdek" - to byl juz luksus. Do tego doszlo spanie w chatach wioskowych, "w polach", pod namiotami i na piasku pustynnym (hotel "5 milionow gwiazd na niebie" - wspanialy!).

Przez kolejne miesiace i dni budzilam sie o swicie, wraz z natura, przy kojacym spiewie ptakow, glosnym pianiu kogutow, ryku dzikich zwierzat, szumie oceanow i niezwyklej ciszy pustyni. W inne ranki pierwsze dzwieki byly pochodzenia ludzkiego - rytmiczne zamiatanie, miotla z galezi lub lisci, podlogi i podworka. W wielu miasteczkach, czasem juz od 3 rano, rozbrzmiewaly glosne, az przejmujace (czesto przez megafony), spiewne modlitwy z meczetow muzulmanskich lub kosciolow ortodoksyjnych. Ostatni swit w Aleksandrii w Egipcie witalam przy nieustajacych cala noc dzwiekach klaksonow samochodowych.

Roznorodnosc zycia poznawalam tez w zwyczajach kuchennych. Na poludniu i wschodzie Afryki posilkami moimi byly glownie rozne odmiany kukurydzy, w formie papki, z dodatkiem mies lub jarzyn. W Etiopii bardzo odmienna od tej papki byla injira, placek - jak ogromny nalesnik. Dalej na polnocy, w Egipcie, pojawilo sie duzo plackowatego chleba. W zaleznosci od szerokosci i lokalizacji geograficznej pojawialy sie rozne owoce, zawsze moja ulubiona czesc posilkow. Dodatkowo czesto dodatkowo bralam multiwitamine.

Po roku czasu zachowalam swoja wage (pulchna), ogolna sprawnosc (stale mam oferty matrymonialne) i wytrwalosc organizmu oraz ....... usmiech. W Ghanie wyladowalam 12 lutego. Nareszcie bylo cieplo. Prosto z lotniska w Accra pojechalam poza miasto, nad ocean. Mam maly pokoik przy plazy i jestem na ..... urlopie od podrozowania. Odpoczywam, grzeje sie, uzupelniam notatki i zbieram nowa energie do dalszej wedrowki po Afryce Zachodniej. Oczywiscie moj poziom entuzjazmu jest stale bardzo wysoki. Tak wiec zaczelam zalatwiac dalsze wizy, czytac przewodniki (z trudem zdobyte) i planowac.

I tak obecnie moj plan podrozy na nastepne ponad 3 miesiace jest nastepujacy. Z Ghana pojade do Togo, Benin, Burkina Faso, Mali, Senegal, Gambia i zakoncze podroz po Afryce w Marocco. Stad, pod koniec maja, planuje szybko dostac sie do Polski.

Poczatek czerwca spedze oczywiscie .... w gorach, w Polskich Tatrach, goszczac swoich przyjaciol z Australii. W lipcu planuje byc w Anglii. W Polsce i w Europie bede do pazdziernika. W listopadzie planuje 2-3 miesieczna wizyte w Australii. Potem wroce do ...... Polski ...... do Europy ......... do Afryki ....... ??????? Oczywiscie na koncu, kiedys, wroce do Australii. Jest to zdecydowanie dla mnie najpiekniejsze miejsce gdzie marze zbudowac nowy, prosty dom na wiosce ........., gdzie bedzie mozna mnie odwiedzic ...... Stale marze .....

Na koniec listu obiecuje wkrotce napisac wiecej szczegolow o swojej wedrowce po Etiopii i Egipcie. Pragne rowniez serdecznie podziekowac wszystkim, ktorzy przeslali mi listy do Addis Ababa w Etiopii. To byly piekne i bezcenne w podrozy prezenty od Przyjaciol. Dziekuje. Jednoczesnie serdecznie wspolczuje wszystkim mi bliskim dotknietym tragicznymi pozarami w Canberra w Australii, w styczniu. Ania z Andrzejem S. oraz Ewa z Joanna K. stracili zupelnie swoje domy z cala zawartoscia. Gosia i Bogus S. walczyli z ogniem przez plot. Inni zyli "na paczkach" w gotowosci do ewakuacji. Sadze, ze cudem uratowaly sie moje rzeczy, glownie bezcenne "skarby z podrozy", przechowywane w garazu u Ewy, obok doszczetnie spalonego domu .... Zycze aby wszyscy w Canberra mogli szczesliwie odbudowac swoje domy i zycia to tych dramatycznych tygodniach.

Od chwili obecnej az do pazdziernika moj adres zwyklej poczty bedzie w Polsce, u mojej Mamuski.

Ul. ZWIRKI I WIGURY 57 m 6
02-091 WARSZAWA, POLAND

Zycze wszystkim abysmy mogli przetrwac obecna napieta i tragiczna sytuacje miedzynarodowa. Aby Pokoj byl w naszych sercach, myslach i na calym swiecie.

z usciskami, Basia

Powrot do poczatku strony
Afryka - glowna strona

 

 
Cyganskie Zycie 20 (22 Luty2003)

 

Etiopia I

Dotarcie do Etiopii z Ugandy bylo jednym z trudniejszych moich odcinkow afrykanskiej podrozy. Drogi miedzy Kampala w Uganda, potem w Kenii - Nairobi, Isiolo, Marsabit i Moyale, byly straszne, wyboiste a na koncu nieprzejezdne po ulewnych deszczach. Ostatnie dwa dni jechalam konwojem ogromnych, obladowanych ciezarowek, siedzac stloczona miedzy lub na szczycie towarow - czasem na wysokosci paru metrow od drogi. Ale dzieki temu mialam wspaniale widoki na rozlegla sawanne, pustynie, na mijane plemmienne wioski Samburow, Rendille i innych oraz na setki wielbladow i ich nomadzkich wlascicieli.

Granice Etiopii w Mayale (Kenia/Etiopia) przekroczylam 20 grudnia, doslownie na pol godziny przed jej zamknieciem, wieczorem, dobiegajac ostatnie dwa kilometry. Tak zaczelam swoja 6 tygodniowa wedrowke pop Etiopii, kraju niezwykle odmiennego pod wieloma wzgledami. Natychmiast dowiedzialam sie ze byl rok 1995 an nie 2002, ze byla godzina 12 a nie 6 wieczorem, ze moje nazwisko mozna pisac pismem "robaczkowym" - Amharic, itd. Nastepne tygodnie przyniosly wiecej niespodzianek i zaskoczen.

Etiopia oficjalnie jest krajem demokratycznym. 80 milionowa ludnosc, jedna z najwiekszych w Afryce, dzieli sie na 80 grup etnicznych. Wyobrazalam sobie ten kraj niemalze pustynny z ludzmi-szkieletami. Zobaczylam kraj niesamowitych kontrastow, bogaty w nature, zielone, piekne czasem wysokie gory, rozlegle doliny, jeziora i rzeki poludnia i polnocy. Poznalam tez troche krajobraz pustynny, piaszczysty i kamienny, rzeki, ktore wysychaly w ciagu paru dni ale inne plynely wartko. Widzialam pewna ilosc pol uprawnych, sadow ale zdecydowanie mialam wrazenie ze kraj ten nie wykorzystuje swoich mozliwosci naturalnych.

Obserwowalam zdrowa i silna ludnosc jak i biedna, chuderlawa, bosa, ubrana w polatana odziez, zebrzaca. Mialam wrazenie, ze pomimo ogromnej i wieloletniej pomocy innych krajow, ludzie ubodzy w Etiopii staja sie biedniejsi i niedolezni a ludzie bogatsi .... coraz bogatsi i silniejsi. Pomimo duzej smiertelnosci w kraju, z podanych danych wynika, ze co roku przyrost naturalny wynosi okolo 2 milionow. Jak swiat moze pomoc tym ludziom bez ich udzialu?

Pierwsze dwa tygodnie wedrowalam po odizolowanej gorami dolinie Omo w poludniowej Etiopii. Natychmiast przenioslam sie w swiat ogromnych kontrastow. Wspolczesnosc mieszala sie z zyciem .... z epoki kamienia. I wygladalo to naturalnie, prosto a nawet radosnie. Zatrzymalam sie w Moyale, Konso, Jinka, Dimeka i Arbe Minch. Odwiedzilam tez kilkanascie innych malych wiosek, w wiekszosci bez elektrycznosci. Jezdzilam ciezarowkami i samochodami terenowymi, drogami wyboistymi, waskimi, stromymi. Czasem wlosy stawaly mi deba - samochody tez! Po ulewnych deszczach drogi natychmiast byly odciete lub samochody zamienialy sie w amfibie. Po takich podrozach pierwszy raz w Afryce czulam silne bole kregoslupa buntujacego sie na "jego traktowanie", rodzaje transportu, itd. Mial prawo, nadwyrezony po trudnej operacji 12 lat temu, ale po dodatkowych odpoczynkach wytrwale wedrowalam dalej.

Natychmiast poznalam i polubilam podstawowy posilek Etiopii - injira. Byl to placek o srednicy okolo 50 cm jak duzy nalesnik. Polozony byl na duzej tacy. Na to nakladano kawaki miesa z sosem, fasolke, jarzyny lub jajecznice. Odrywajac reka kawalki injira okrecalo sie cos z dodatkow i jadlo. Ja zawsze robilam to z wielkim apetytem. Zawsze przed i po posilku podawano wode do mycia rak. Siedem tac z injira z siedmioma urozmaiconymi dodatkami roznych mies, jarzyn i sosow bylo moim posilkiem Wigilijnym, spedzonym w towarzystwie siedmiu lokalnych mieszkancow w Konso. Bylo to bardzo mile, serdeczne i swiateczne spotkanie, okraszone wieloma opowiadaniami i popijaniem lokalnego piwa.

Inna ciekawostka Etiopii bylo pyszne wino miodowe - tej, ktorego smak poznalam szybko. Tak, jest to kraj miodowy. Czesto i na polnocy i na poludniu widzialam ogromne, jakby belki, zawieszone wysoko na drzewach. To byly ule. Tym miodowym napojem, od wiekow, cieszyli sie nie tylko cesarze ale tez zwykla ludnosc. Etiopia jest tez pierwszym zrodlem .... kawy. Z odleglego poludniowego rejonu o nazwie Kefa pochodza pierwsze rosliny - krzewy, ktorych plantacje rozprzestrzenily sie na calym swiecie. Kawa w Etiopi jest wysmienita, najlepsza na swiecie jaka pilam. Pije sie ja nalewana, tradycyjnie z czarnego, smuklego dzbanka, do malutkich filizanek, jako czesc dluzszej wielowiekowej ceremoni przygotowania i parzenia jej.

Ale najbardziej fascynujacymi i szokujacymi moimi przezyciami na poludniu byly spotkania z ludnoscia plemion Banna i Hamar. Mialam wrazenie ze snie lub ogladam film odtwarzajacy odlegla przeszlosc. Oczy robily mi sie coraz wieksze i wieksze ...... Fotografowanie nie bylo latwe ale zachowanie ludzi bylo zwykle naturalne. Wiekszosc pieknych, zdrowych i usmiechnietych kobiet chodzila z obnazonymi piersiami, ubrana tylko w nieduza kozia skore, przyozdobiona metalowymi dodatkami i muszelkami kouri. Na szyi mialy sznury korali (zwykle panny) lub metalowo-skorzane obroze (zwykle mezatki). Wlosy uformowane byly w grube, czerwone straki - po dodaniu do wlosow mieszanki masla i ochry. Na glowie czasem zalozone mialy ...... kask zrobiony z tykwy, ozdobiony rysunkami.

Mezczyzni, w wiekszosci pieknie i silnie zbudowani, chodzili polnadzy. Na biodrach nosili jakby mini spodnice, zwykle z materialu w drobne wielobarwne paski. Dodatkowo na biodrach mieli skorzane pasy z kilkoma malymi kieszonkami-pojemnikami. Na szyi, ramionach, dloniach i na glowie czesto mieli duzo wielobarwnej koralikowej bizuterii. Wlosy mieli zwykle splecione w malutkie warkoczyki, przylegajace plasko do skory. Zawsze nosili z soba malutki drewniany i sliczny stoleczek. Jeden udalo mi sie odkupic od jednego z Hamarow.

W opisie ludnosci nie moge pominac dzieci. W wioskach najczesciej widac bylo radosne naguski. Male dziewczynki zwykle mialy ponizej bioder cienki sznureczek koralikowy lub zwykly, z ktorego zwisala kilkucentymetrowa sznurkowa oslonka "prywatnosci". Starsze dziewczynki nosily tradycyjne skory kozie, zdobione metalem. Czesto widzialam niezwykle wykorzystanie roznej wielkosci gwozdzi, poskrecanych, wygietych - stanowiacych, wraz z muszelkami i koralikami, fragmenty dekoracji.

Dzieki zaprzyjaznionym w Dimeka nauczycielem, Nebyate, odwiedzilam tez dzieci w kilku klasach w lokalnej, prostej szkole podstawowej. Dzieci, ubrane juz wspolczesnie, garnely sie do nauki, ktora byla bezplatna, pomimo braku podstawowych materialow, ksiazek, zeszytow czy pior. Przez pare godzin rozmawialismy po angielsku, bezposrednio lub przy pomocy Nebyate-tlumacza. Smiejac sie wielokrotnie, zadajac i odpowiadajac na setki pytan wzbogacalismy sie nawzajem wiedza i doswiadczeniem. Sadze, ze wiele uczni bedzie dlugo pamietac ze Canberra jest stolica Australii a Warszawa stolica Polski.

W Dimeka witalam Nowy Rok 2003. Siedzac przy swieczkach z Nebyate oraz kilkoma mezczyznami z plemiona Hamar, podjadajac injira i popijajac tej - wino miodowe, wiwatowalismy na pozegnanie starego i nowego "mojego" roku. Nastepnego ranka, jak codzien o swicie zapialy koguty. Lezac rozmyslalam. Nagle uslyszalam gwaltowne i glosne uderzenia do drzwi. Na moje pytania nie bylo odpowiedzi. Przez szpare zobaczylam ....... wielka krowe, ktora przypadkowo (?!) dobijala sie do moich drzwi, rankiem 1 stycznia! Moj usmiech z twarzy szybko znikl, gdy chcialam otworzyc drzwi. okazalo sie, ze noworoczna krowa ..... zablokowala zamek moich drzwi od zewnatz! Dopier zawolana przez okno pomoc uwolnila mnie jak rowniez spowodowala, moje i innych, serdeczne salwy smiechu.

Dalsze dni walesalam sie, zwykle w towarzystwie malych chlopcow, po okolicznych wioskach, prostych chatach zrobionych z galezi i gliny, czesto goszczona kawa lub siadlym mlekiem. Sprzet kuchenny chat to byla kolekcja roznej wielkosci tykwy lub glinianych garnkow. W chacie palilo sie zwykle male ognisko na ktorym gotowano. Do spania sluzyla rozlozona na glinianej podlodze skora kozia lub krowia. Mezczyzni mieli dzidy z metalowymi koncami sluzace do polowan. Proste drewniane narzedzia sluzyly do uprawy roslin. Wywolywalam radosc u dzieci, rozdajac w nastroju swiatecznym-noworocznym, kolorowe balony i lizaki. Nieraz udalo mi sie zrobic zdjecia ale gdy proszono o pieniadze to zwykle rezygnowalam. Zafascynowana bylam prostota zycia ludzi Hamar i pod wrazeniem ze sa zadowoleni ze swojego zycia. Nie przeszkadzaly im widziane oznaki wspolczesnego zycia i cywilizacji. Mieli swoje wartosci i znaczenia.

Wedrujac na poludniu poznalam tez kilku ciekawych podroznikow. Podziwialam utalentowanego fotografa z Francji - Rene. Pozniej spotkalam Mike z UK oraz George z Francji. Mike zaskoczyl mnie swoim pomyslem zaadaptowania 10-letniej dziewczynki z tradycyjnego plemienia Hamar. Planowal ja zabrac prawie natychmiast do .... Londynu. Zyczylam mu powodzenia ale mialam tez duza rezerwe do tego przedsiewziecia. Dla odmiany George zaskoczyl mnie nagle mowiac ..... po polsku! Byl urodzony w Polsce ale mieszkal na stale od lat we Francji.

Ostatnie wieksze wydarzenie na poludniu to byla strata mojego plecaka. Mialam w nim swoje osobiste rzeczy oraz bezcenna paczke filmow zrobionych wsrod plemiennej ludnosci. Zostawilam plecak na pare godzin na przechowanie w hotelu, w zamknietym na klucz pokoju. Przez kilka godzin spacerowalam po ciekawym lokalnym markecie. Gdy wrocilam, zdretwiala i zaszokowana patrzylam na pusty pokoj. Plecak zniknal. Nikt nie wiedzial gdzie. Ciezarowka czekala na mnie z transportem do Jinka. Po szybkiej akcji i poszukiwaniu oraz pomocy jezykowej zaprzyjazionego Durga, najwieksze przypuszczenie padlo, ze plecak zostal zabrany "przez pomylke" z kilkoma innymi plecakami innych podroznikow. Odjechali oni ponad dwie godziny wczesniej, niestety w przeciwnym kierunku niz byl moj plan, do Konso. Mike i George, stojacy obok, wlasnie tez tam odjezdzali. Natychmiast przyjelam ich oferte pomocy i wolne miejsce w samochodzie. Po prawie 3 godzinach jazdy dogonilismy w koncu ciezarowke z zaladowanym zepsutym samochodem, jego pasazerami

Ostatni postoj na poludniu mialam w Arbe Minch. Wrocil mi duch przygody i pojechalam na rowerze na pare godzin nad piekne jezioro otoczone porosnietymi lasami gorami. Bylo pieknie i cicho gdy szlam sama wzdluz kamiennej grobli. Nagle, okolo dwoch metrow przede mna uslyszalam plusk i ujrzalam ogon sporego krokodyla. No i znowu udalo mi sie ...........

Asfaltowa, swietna droga, mijajac osiolki zaprzezone w dwukolki, stada koz i krow, dojechalam autobusem do stolicy Addis Ababa. Zatrzymalam sie w Baro Hotel, gdzie byla szansa na spotkanie innych podroznikow i byl dostep do internetu. Okazalo sie, ze stracilam wiele emails bo moje konto bylo zablokowane. Okres swiateczny, duze i dlugie listy i zdjecia wypelnily calkowicie moj limit konta. Trudno, ale byl to powod, ze na wiele listow nie moglam odpowiedziec.

6 grudnia rozpoczely sie w Etiopii ceremonie ortodoksyjnego Bozego Narodzenia. W kosciele Swietego George w Addis Ababa, poznym wieczorem, obserwowalam i sluchalam spiewajacych kaplanow i innych, glownie mezczyzn. Przy grzmiacych uderzeniach bebnow, delikatnym dzwieku tradycyjnego sistrum - jak tamborino, rozbrzmiewal godzinami spiew - czanting. Nie bylo tam wstepu dla kobiet ale ruchami rak zaproszona zostalam do srodka, na lawke i moglam nie tylko sluchac ale i jakby byc czescia tej tradycji. W miescie panowal nastroj swiateczny. Koscioly byly pelne. Nastepnego dnia na ulicach bylo wiele ludzi swiatecznie ubranych. Ale ogolnie Addis Ababa zrobilo na mnie smutne wrazenie poprzez setki ulicznych zebrakow i kalek. Meczyly mnie wielokrotne kontrole policyjne na poczcie i w bankach lub innych budynkach urzedowych. Razil mnie kontrast wielkiej biedy z wielkim bogactwem. Ale ciekawa bylam dalszego poznania polnocnej czesci Etiopii i wkrotce wyruszylam dalej w podroz.

(koniec czesci I)

pozdrawiajac serdecznie

Basia

Powrot do poczatku strony
Afryka - glowna strona

 

 
Cyganskie Zycie 21 (24 Luty 2003)

 

Etiopia II

Polnoc Etiopii zwiedzilam podrozujac razem z George, poznanym wczesniej, Francuzem, urodzonym w Polsce. Rozmawialismy glownie po polsku! Odwiedzilam Bahar Dar, Gondar, Lalibela i Debark. Tym razem wedrowalam korzystajac glownie z polaczen lotniczych. W Bahar Dar, mieszkajac nad jeziorem Tana, duzo odpoczelam. Obserwowalam tradycyjne lodzie papirusowe oraz wielkie stada pelikanow i innego ptactwa wodnego. Swiatynie koptyjskie, ulokowane glownie na wielu wyspach na jeziorze, ze swoja historia, architechtura i malastwem wnetrz, wniosly ogrom dalszych nowych i ciekawych wrazen i doswiadczen. Rozlegle grzmiace wodospady na Niebieskim Nilu (Blue Nile) byly kolejna przygoda w naturze. Bahadar byl rowniez interesujacy jako osrodek wielobarwnych thanin - pasiakow, uzywanych w ubraniach i w domowym uzytku. Oczywiscie nie moglam sie oprzec pokusie zakupow, jako ze zawsze lubilam tkaniny i to tak barwne.

Ale jedna z najwiekszych dla mnie przygod na polnocy byla czterodniowa wedrowka po Gorach Simien. George, ja, Jeshow - uzbrojony w karabin lesnik (obowiazkowy towarzysz) oraz Kedr, mlody, bosy chlopak pilnujacy konia niosacego nasz bagaz, tworzylismy mala grupe. Wyruszylismy z Debark samochodem do Sankaber, skad dalej szlismy piechota w gory do Imet Gogo (3930m). Wrocilismy juz caly odcinek na piechote az do Debark. Mielismy wypozyczone wyposazenie campingowe, swoje jedzenie i minimum rzeczy ososbistych. George nigdy nie chodzil po gorach i mial troche obaw a dla mnie byla to kolejna wymarzona wyprawa. Dalismy sobie dobrze rade.

Szlismy waskimi sciezkami, czasem mijalismy wioski. Mijalismy wiesniakow i obladowane osiolki i konie. Roslinnosc stopniowo zmieniala sie. Znikaly drzewa i krzewy. Krajobraz stawal sie glownie kamienisty i otwarty, tylko w dolinach widac bylo zielone oazy. W tym terenie bylo sporo pol uprawnych. Zbierano zboze koszac archaicznym sierpem. Do mlocki uzywano konia stapajacego w kolko po wiazkach zboza. Do orania uzywano drewnianej sochy. Znow cofalam sie o wieki. Ludzie w wioskach byli bardzo biedni. Dzieci, widzac nas, turystow, szybko wyciagali zebrzace rece wolajac - pieniadze, pieniadze. Dla mnie bylo to coraz trudniejsze do zniesienia. Czulam sie bezradna ale przy zmeczeniu tracilam cierpliwosc.

Na naszych campingach wysoko w gorach w nocy bywalo bardzo zimno. Jednej nocy nasz namiot nawet byl oblodzony - od wewnatrz! Ale dni byly sloneczne i cieple. Fantastyczne byly spotkania z setkami malp - Gelada Baboon. Wygladaly jakby skrzyzowanie malpy z .....lwem! Najpiekniejsze widoki mielismy z Imet Gogo, lezacego prawie na czterech tysiacach metrow. Po drodze mijalismy setki wielkiej i unikalnej rosliny Lobelia. Przypomina agawe, rosnie kilkanascie lat, potem zakwita tylko raz w formie wielkiego slupa dochodzacego do 10 metrom, oblozonego tysiacem malych kwiatkow. Po tak duzym, zyciowym wysilku - nagle obumiera. Byla to wspaniala wedrowka, kolejne, jakze inne i piekne gory Etiopii i swiata.

Z Debark dotarlismy autobusem, pelna kurzu droga, do Gondar. Tutaj odbywal sie jeden z najwiekszych festiwali kosciola ortodoksyjnego, Timkat. Trwal on trzy dni. Upamietnial on chrzest Chrystusa. Kazdego dnia, ulicami miasta, szedl falujacy wielobarwny tlum, tanczac w rytm przejmujaco dudnacych bebnow, glosnych trabek i spiewu-czanting ludzi. Pod koniec procesji, w dwoch szeregach, stapala malymi kroczkami grupa deakonow - dostojnikow koscielnych, okrytych sniezno-bialymi thaninami i z bialymi turbanami na glowach. Kazdy trzymal w jednym reku kij ceremonialny i w drugiej dloni, sistrum - tradycyjny instrument. Ich piekne glosy rozbierzwaly daleko w spiewie choralnym.

Za nimi, pod niesamowicie kolorowymi parasolami, szla grupa najwyzszych kaplanow koscielnych z Gondar. Niesli oni przed soba "swieta ksiege" oraz wielkie, ozdobne, zwykle zlote, krzyze procesyjne. Kazdego dnia procesja powtarzala sie ale ostatnie zgromadzenie mialam mozliwosc obejrzenia z pierwszego pietra pobliskiego hotelu. Patrzac z wysokosci, wrazenie pulsujacej w tlumie energii i radosci bylo jeszcze wieksze. Stojac czulam jak nogi same poruszaja mi sie w tancu a usmiech stale jasnial mi na twarzy.

Gondar slynie z wielkiego zespolu zamkow krolewskich, pochodzacych z siedemnastego i osiemnastego wieku, gdy miasto bylo stolica Etiopii. Pozostaly tylko ruiny zabudowan ale szczegolnie czesciowo odrestaurowany zamek Cesarza Fasilada, przypominal o dawnej swietnosci i bogactwie tutejszych wladcow. Z jego czterech wiez rozposciera sie rozlegly widok na okolice pelna wzgorz. Wokol jest tez wiele kosciolow a wsrod nich wyroznia sie Debre Berhan Selassie. Wpatrzona w malowidla scienne z niezliczona ilosci scen biblijnych oraz w fascynujacy sufit z 80 glowami aniolow nagle uslyszalam rozmowe po polsku. Byla to mala grupa wycieczkowa z Polski. Tak wiec dzieki temu uzupelnilam troche wiedzy "po polsku", poza moim przewodnikiem.

Lecac samolotem do Lalibela mijalam gorzysty teren polnocy. Istniejace bite drogi tego terenu byly w bardzo zlym stanie. Podroz nimi zajmowala innym kilka dni. Lalibela polozona byla wysoko w skalistych gorach, na wysokosci okolo 3000 m. Slynie ona z unikalnego zespolu 11 kosciolow ortodoksyjnych, wykutych w skalach. Czesc ich polaczonych jest tunelami. Wnetrza ich zawieraja kopie "swietej ksiegi", czasem piekne malowidla, rzezby oraz bezcenne zdobione koptyjskie krzyze procesyjne. Chodzac kilkakrotnie po skalach, fotografujac i patrzac w dol na wykute koscioly czesto widzialam tlumy lokalnych mieszkancow, wiernych, opatulonych w biale nakrycia. Wierzacy i dostojnicy krecili sie po dziedzincach, przejsciach i kosciolach. Wokol niektorych dziedzincow koscielnych, w bocznych scianach, w nieduzych otworach, siedzieli skuleni modlacy sie pustelnicy. Ponownie mialam wrazenie jakby tutaj czas historii zatrzymal sie.

Wedrowalam sama po zaulkach, tunelach i kosciolach, i wpadalam w zadume. Ale wystarczylo wyjsc na zewnatrz i szybko inna rzeczywistosc dochodzila do mnie. W calej okolicy Lalibela bylo bardzo duzo zebrakow i kalek. Natychmiast pojawiali sie kolo mnie. Wyciagniete rece zebrakow. Nawolywania o pieniadze. Natarczywosc w nagabywaniu. Czulam sie w tym strasznie. Jednoczesnie mialam wrazenie ze odkrywam w sobie wlasciwosci uzdrowicielskie - na moj widok kalecy biegli aby nadazyc za moim krokiem. Stawalam sie glucha. Stawalam sie slepa. Kazde wyjscie z hotelu konczylo sie, w ciagu paru minut, oblepieniem jak muchami dziecmi, zebrakami ..... Czulam smutek i bezradnosc. Nauczylam sie obserwowac inaczej ulice i ludzi. Przewidywalam ich reakcje i ruchy. Czasem uciekalam. Czulam sie w tym fatalnie.

Tak, Etiopia stala sie dla mnie krajem zebrakow, trudnym do poruszania sie, szczegolnie w miejscach turystycznych. Zebrali i biedni i bogatsi i przedstawiciele kosciola. Odnioslam wrazenie ze rzad tez to robi zebrzac od innych krajow rozwinietych. Tak jakby to byla tradycja i historia. W mojej opini kraj ten moglby byc bardzo bogaty. Jest bardzo bogaty w naturalne zrodla i sile ludzka. Od lat miliony dotacji gdzies znikaja. Pola stoja odlogiem. Ludzie doslownie siedza i czekaja. I tak biedni biednieja a bogaci bogaca sie. Ogolnie odnioslam wrazenie duzego marnotrawstwa, uzalezniania sie i oczekiwania na pomoc. Panuje tu syndrom wyciagnietej reki. Pierwsze i najczestrze slowo jakie slyszalam to "pieniadze" (daj mi).

Oczywiscie kazdy turysta, bialy, jest swietnym celem. Poza produkcja kawy dochod z turystyki jest glownym przychodem narodowym Etiopii. Jest to niewatpliwie fascynujacy kraj w naturze i historii. Ale turystyka w nim jest bardzo uciazliwa, trudna i zniechecajaca. Moze tez byc niezwykle kosztowna. Dawano mi oferty wynajecia samochodu za .... US$200, za dzien! To jest wiecej niz przecietny roczny dochod ludnosci! Oczywiscie zyskuja na tym jednostki. I dlatego kwitnie tu turystyka zorganizowana, grupowa, bedaca bezpieczniejszym wyjsciem. I tak bosi zostaja bosi, glodni dalej sa glodni, ubranie jest jeszcze bardziej polatane. Od lat bylam swiadkiem w Australii ludzi, czesto niezamoznych, robiacych duze kompromisy w swoim zyciu aby pomoc mi.in. biednym w Etiopii. Gdyby oni wiedzieli, ze pomagaja czesto ludziom znacznie bogatszym ..... dawniej byli to cesarzowie "trenujacy" od pokolen swoje spoleczestwo w zebraniu, utrzymujac ich niski standard zycia, pokore i ponizenie.

Dzisiejsze duza czesc spoleczestwa Etiopii, w moim odczuciu, stracilo zupelnie poczucie godnosci. Zyje w leku, jakby w sparalizowaniu i niewierze w swoje mozliwosci i zasoby kraju. Jest to jedyny kraj Afryki w ktorym odczulam to tak mocno. I czulam, ze jest to stale poglebiane przez obecne wladze i sytuacje. Sa to ludzie ktorzy, jak wszedzie, zasluguja na godne zycie. Czy to sie zmieni? Mam nadzieje, ze tak. Ale to glownie zalezy od ludzi Etiopii. Zalezy od budowania zycia na bazie wlasnego bogactwa naturalnego i ludzkiego i posuwania sie do przodu, nie czekajac, krok po kroku.

Na koniec musze dodac, ze w Etiopii spotkalam tez ludzi serdecznych, bezinteresownych i ciekawych. Zapraszana bylam na posilki czy kawe. Nie pozwolono mi placic bo "ja bylam gosciem w ich kraju". Spotkalam rowniez ludzi ciezko i z pasja pracujacych zawodowo. Chodzac sama bocznymi uliczkami wiosek zapraszana bylam, bezinteresownie, na tradycyjna kawe. Byly wiec tez blaski tej wedrowki.

W Addis Ababa udalo mi sie wywolac kolejne filmy i slidy. Zrobiono to dobrze. Wyslalam tez wiele zdjec do spotkanych po drodze ludzi, tak jak obiecalam. Poszly tez do Polski kolejne paczki moje, z filmami oraz paroma pamiatkami. Mam nadzieje ze wszystkie przesylki dotra do adresatow.

31 stycznia czekalam przez wiele godzin w Addis Ababa na samolot do Cairo, stolicy Egiptu. Lotnisko bylo ogromne, nowe, pokryte marmurami i ... puste. Stala obstawa policji, kilka maszyn X-ray, robily wrazenie eleganckiego miejsca wojskowego. Z pobliskiego parkingu wstep byl niestety tylko dla pasazerow. Dla mnie byl to kolejny przyklad marnotrawstwa i rzadu policyjnego. W ostatniej chwili, w sklepie na lotnisku, kupilam ciekawa ksiazke "Lords of Poverty" ("Lordowie Nedzy"), autorstwa Graham Hancock, swietnego i znanego pisarza z Anglii. Bardzo polecam jej przeczytanie, przede wszystkim osoba chcacym zrozumiec sytuacje trudno rozwijajacych sie.

Odlatujac z Etiopii myslalam, czy uda mi sie tu wrocic, glownie na poludnie, do zycia prostego ludzi plemiennych ale jakby radosniejszego.

 

z serdecznosciami i usciskami,

Basia

Uwaga 1: Moj plan dalszej wedrowki po Afryce Zachodniej podalam w liscie "Cyganskie Zycie 19".

Uwaga 2: Bardzo prosze wszystkich o skasowanie mojego listu w odpowiedziach aby uniknac ponownego przepelnienia mojej skrzynki internetowej. W najblizszych paru tygodniach bede miala ograniczony dostep do internetu.

Powrot do poczatku strony
Afryka - glowna strona

 

 
Cyganskie Zycie 22 (2 kwiecien 2003)

 

Egipt

Egipt byl ostatnim krajem mojej juz prawie rocznej wedrowki po Afryce, z poludnia na polnoc. Do Cairo, stolicy Egiptu, dotarlam samolotem prosto z Etiopii. Kontrast byl szokujacy. Podrozowanie nielatwe. Ale w krotkim czasie, tylko 12 dniach, udalo mi sie poznac bardzo duzo. Natychmiast tez uswiadomilam sobie ze Egipcjanie sa "czarujacymi mezczyznami". Kobiety majace klopoty z wiara w piekno, urok i atrakcyjnosc swojej urody i siebie moglyby przyjezdzac do Egiptu na "kuracje psychologiczna". Stale slyszalam jaka jestem piekna, mloda, atrakcyjna, ze mam czarujace oczy, wlosy itd. Na szczescie zwykle mialam dostep do lustra, ktore nie klamalo i nie czarowalo.

Wedrowke po Egipcie zaczelam od historycznej czesci kraju. Historia faraonow zwiazana byla glownie z rozlegla dolina Nilu, zamieszkala przez okolo 90% Egipcjan, dawniej i teraz. Cairo, 20 milionowe miasto, pulsowalo kontrastami zycia wspolczesnzgo i starozytnego. Gorowal tu glownie swiat muzulmanow widoczny poprzez smukle wieze okolo 2 tysiecy meczetow. Na przestrzeni wielu kilometrow widac bylo tysiace domow w budowie ale czesto juz zamieszkalych. Nowoczesne drogi, czasem osmio pasmowe, biegly obok wezszych, na ktorych obok samochodow spokojnie deptaly osiolkowe zaprzegi. Czyzby to byla Ameryka Afryki?

Pierwsza moja historyczna wedrowka byla do Giza i slynnych piramid Khufu (Cheops-146 m), Khafre (Chephren - 136 m) oraz Menkaure (Myceriuns - 62 m). Nastepnie dotarlam na poludnie Egiptu; do Aswan. Zobaczylam tu miedzy innymi odrestaurowane ruiny swiatyni Temple of Philae oraz poplywalam na rozleglym Nilu tradycyjna lodzia zeglowa - felucca. W miejscowosci Luxor wyobraznia przerzucilam sie w przeszlosc chodzac po ruinach swiatyni Temple of Hatshepst. Wpatrywalam sie w bogate malowidla scienne w opustoszalych grobowcach faraonow w Dolinie Krolow i w Dolinie krolowych. Zamyslona chodzilam godzinami po swiatyniach Luxor i Karnak. Zakonczeniem mojej historycznej wedrowki byla wizyta w muzeum w Cairo. Obejrzenie ponad 100 000 eksponatow w ciagu jednego dnia dalo mi mozliwosc tylko pobieznego zapoznania sie z nimi. Kamienne bloki pokryte hieroglifami, marmurowe posagi, alabastrowe wyroby, zlote przedmioty - zawartosci grobowcow to byly milczace slady przeszlosci i czesc mo! jego doswiadczenia. Patrzylam na

Ale poza historia Egiptu poznalam rowniez przepiekne miejsca natury. Wiekszosc obszaru kraju stanowi pustynia Sahara. Zupelnie inny jest gorzysty i zielony polwysep Synai nad Morzem Czerwonym. Tu niestety nie dotarlam. Ale udalo mi sie spedzic pare dni w okolicach Bawiti na Saharze i na Bahriyya Oasis. Byly nie niezapomniane dni. Slone ladowe jeziora, kamienista i piaskowa pustynia, soczysto zielone, uprawne ogrody oazy to czesc tej przygody. Czarna Pustynia, z setkami wzgorz robila wrazenie jakby obszaru hald fabrycznych. Odmienne wrazenie mialam przy Krysztalowej Gorze. Przeniosla mnie ona jakby w doline bajki. Wielkie, czasem metrowe "kamienne paszcze" z tysiacami lub milionami krysztalow lsnily w promieniach slonca. Biala Pustynia zawierala setki jakby skamienialych bieluskich posagow, figur, zamkow i obeliskow. Spiac sama obok takiego obeliska w odizolowanym krajobrazie, na piasku, obok mlodego Beduina, opatulona w cieply spiwor (bylo kolo zera) widzialam miliony gwi! azd na niebie. Obezwladnieta byl

Miasto Aleksandria, lezace juz nad Morzem Srodziemnomorskim, bylo doslownie moim ostatnim miejscem na polnocy Afryki. Wpatrujac sie w zachodzace slonce nad wybrzezem zegnalam sie z ta czescia Afryki. Autobusem dojechalam z Aleksandri bezposrednio do lotniska kolo Cairo. Stad odlecialam do Ghany, gdzie rozpoczynalam wedrowke po Afryce Zachodniej.

Z pozdrowieniami i stale wiara w zachowanie pokoju na swiecie,

Basia

Powrot do poczatku strony
Afryka - glowna strona

 

 
Cyganskie Zycie 23 (6 kwiecien 2003)

 

Drodzy Przyjaciele,

Moja podroz po Afryce zmuszona bylam niespodziewanie i natychmiast zakonczyc ze wzgledow zdrowotnych. Od 3 kwietnia jestem w Warszawie, w Polsce.

W ostatnich miesiacach odwiedzilam Ghana, Togo, Burkina Faso i Mali. Wiecej szczegolownapisze w nastepnych listach. 25 kwietnia w Mali, mialam wypadek. Zostalam brutalnie zaatakowana i obrabiona przez dwoch bandytow w czasie 8 dniowej wedrowki w rejonie Dogong. Jestem oszolomiona i oslabiona ale pod bardzo dobra opieka lekarska w Warszawie oraz pod skrzydlami Mamuski i jej smakolykow. Wierze w siebie i szybkie odzyskanie sil aby ........ znow ruszyc z plecakiem gdzies w swiat. Do Swiat Wielkanocnych potrzebuje duzo spokoju i odpoczynku a wiec wybaczcie ze nie bede sie kontaktowac. W Polsce bede przez wiele miesiecy.

Wkrotce napisze wiecej szczegolow z doswiadczen ostatnich dwoch miesiecy.

Moj adres pocztowy:

UL. ZWIRKI I WIGURY 57 M 6, 02 091 WARSZAWA, POLSKA

Telefon komorkowy: 692 258 373

Z pozdrowieniami,

Basia

Powrot do poczatku strony
Afryka - glowna strona

 

 
Cyganskie Zycie 24 (28 kwiecien 2003)

 

Warszawa, Polska

Witajcie,

Pierwszych kilka tygodni w Warszawie, w Polsce, minelo mi szybko, chociaz w przymusowym zwolnionym tempie i spokoju, tak roznym od rocznej podrozy po Afryce. Po marcowym wypadku w Mali czuje sie zupelnie dobrze a badania lekarskie przyniosly mi wielka ulge. Nie mam zadnych dlugotrwalych skutkow swoich przezyc, a wrecz odwrotnie. Dzieki rodzinie i przyjaciolom odzyskalam sily fizyczne i psychiczne. Wiosenna natura, budzaca sie zielen drzew i kwiatow przywraca mi radosc i niezlamany entuzjazm do zycia.

Plecak tez juz wypralam i wkrotce znow ruszam w dalsza droge ale mniej przygodowa. Na poczatek, 1 maja, wyjezdzam w lesne okolice Warszawy, gdzie nabiore dodatkowej energi i sil. W tym czasie napisze listy z ostatniego odcinka podrozy po Afryce Zachodniej oraz skataloguje swoje slajdy i zdjecia. Po powrocie, od 12 do 22 maja, bede w Warszawie. Od 3 maja do 3 czerwca spedze w Tatrach wraz z australijskimi przyjaciolmi. Ponownie w Warszawie bede od 4 czerwca do 6 lipca. W tym czasie, 12 czerwca, wstepnie umowilam sie na przygotowanie spotkania ze slajdami w Warszawie (szczegoly dla zainteresowanych podam pozniej).

Od 7 lipca do 3 sierpnia bede w Londynie i okolicach. Sierpien, wrzesien i pazdziernik planuje spedzic w Polsce a nastepnie wrocic do Australii (listopad).

Dziekuje wszystkim za cieple i serdeczne listy, kartki i telefony. Pomoglo mi to bardzo w odzyskaniu dawnego usmiechu i tworzeniu oraz realizowaniu dalszych marzen.

z serdecznosciami,

Basia

Powrot do poczatku strony
Afryka - glowna strona

 

 
Cyganskie Zycie 25 (21 maj 2003)

 

Od mojego przyjazdu do Polski w kwietniu 2003 czas minal mi bardzo szybko. Zbliza sie juz koniec maja. Intensywnosc wiosny coraz bardziej wchodzi w nastroj letni. Kwitna bzy, kasztany i konwalie. Ostatnio odpoczelam w podwarszawskim lasku i ciesze sie na wedrowke po Tatrach. Odzyskuje szybko swoja dawna energie, usmiech i entuzjazm.

Porzadkuje swoje slajdy, zdjecia i notatki i przygotowuje sie do pierwszych spotkan publicznych. Wracam coraz czesciej do wspomnien z dwudziestu odwiedzonych krajow Afryki, niewatpliwie mojej fantastycznej czesci wielkiej i wzbogacajacej przygody zycia. Obecnie chcialabym rowniez uzupelnic moje ostatnie relacje dla Was z ostatnich czterech krajow Afryki Zachodniej. Tak wiec wysle jeszcze 3 listy. Beda to ostatnie listy grupowe. Jesli ktos bedzie zainteresowany do otrzymywania moich dalszych grupowych relacji z mojego "cyganskiego zycia" (ktore moze trwac pare lat) to bardzo prosze o napisanie do mnie. Ale poczekajcie na list ostatni, podsumuwujacy cala afrykanska wedrowke.

Ostatnio, niewatpliwie moj podrozniczy entuzjazm zostal wznieciony ponownie po spotkaniu z wytrawnym polskim podroznikiem, Ryszardem Czajkowskim. Dal mi on wiele inspiracji do dalszej wloczegi po swiecie. Wiem ze dalsze spotkania z innymi podroznikami to uczucie wzmocia. Ale teraz wroce do krotkich relacji z Afryki Zachodniej. List ten mialam juz napisany na komputerze w Burkina Faso ale komputer wysiadl, list zostal skasowany i pozniej nie mialam szansy go ponownie wyslac. Mam nadzieje ze pewnego dnia uda mi sie opisac te przygody szerzej.

Ghana, Togo

W lutym, po przylocie z Cairo do Accra, stolicy Ghana, natychmiast stalam sie milionerka. Po pierwszej wymianie pieniedzy w banku otrzymalam w sporej plastikowej torbie okolo 2 milionow cedi - lokalnej waluty, bardzo nisko stojacej (warte okolo US$250). Prosto z banku dojechalam taxi do wioski Kokrobite, okolo 30 km poza Accra. Przez tydzien odpoczywalam. Mieszkalam przy plazy i obserwowalam codzienne zycie rybackich wiosek. Objadalam sie rybami i owocami tropikalnymi jak ananasy, pomarancze, mango czy babany. Czesto przysluchiwalam sie rytmicznej grze na bebnach, gitarach lub innych tradycyjnych instumentach. Bylam wsrod muzykow. Czulam sie wysmienicie.

Odwiedzalam tez wielokrotnie Accra. Miasto zrobilo na mnie wrazenie jakby wielkiego mrowiska. Miliony ludzi, ubranych w jaskrawe bawelniane ubrania, chusty i koszule migotalo na ulicach upalnych dni. Wiele z nich stale cos sprzedawalo lub kupowalo. Tysiace towarow oferowanych bylo na setkach straganow. Byli tez usmiechnieci sprzedawcy uliczni, zonglujacy i balansujacy z towarami na glowie przy drogach i na ulicach. Krecili sie oni wokol samochodow i autobusow-trotro. Glosny dzwiek klaksonow mieszal sie z glosna i rytmiczna muzyka Afryki Zachodnie dochodzacej ze stoisk. Byl to tak odmienny i kontrastowy kraj od innych poznanych przeze mnie czesci Afryki.

Kikudniowa wedrowka na polnoc Ghany, do Kumasi i okolicznych wiosek, zwiazana byla glownie z poznaniem kultury plemion Ashanti. Zobaczylam pozostalosci unikalnych i odmiennych domow i swiatyn Ashanti, stale spelniajacych swoje funkcje spoleczne. Zbudowane byly z gliny ale mialy odmienne strzeliste dachy z lisci palmowych. Ciekawostka tego rejonu bylo poznanie wielobarwnych tradycyjnych tkanin "Kente" oraz materialow "Adinkra" dekorowanymi przy pomocy stempli w roznorodne wzory o bogatej symbolice. W tej okolicy byly rowniez ciekawe wyroby gliniane jak rowniez wyroby z drewna. Szczegolnie charakterystyczne byly drewniane tradycyjne stolki "stools", ktorych ksztalty mialy i dalej maja tu ogromne znaczenie symboliczne i duchowe.

Wizyta w Kumasi uswietniona byla przypadkowym spotkaniem ... na ulicy, z obecnym krolem plemienia Ashanti. Pomimo granic panstw w Afryce Zachodniej ustalonych w okresie kolonizacji, zachowalo sie tu wiele krolestw, ktore sa szanowane i wladcy podziwiani za wladze i bogactwo. Tuz kolo mnie przeszedl dumnie ale spokojnie obecnie panujacy krol Ashanti. Byl w moim wieku, i obdarzyl mnie szerokim usmiechem. Owiniety byl w tradycyjny material z wzorami krolewskimi, odslonietym ramionem. Za nim podazala grupa towarzyszacych mu mezczyzn. Wsiadal do ogromnego czarnego samochodu. Ja zartowalam do jego ochrony ze moglby mnie podwiesc do swojego palacu bo wlasnie tam szlam. No ale nie udalo mi sie. Zebrani przechodnie witali swojego wladce z radoscia i entuzjazmem.

Po powrocie do Accra wyslalam do Polski swoje kolejne paczki z wywolanymi filmami. Niestety okazalo sie niemozliwoscia zakupienie dalszych filmow slajdowych a filmy negatywowe tez bylo trudno kupic. Tak wiec przygotowana bylam na bardziej oszczedne filmowanie w dalszej podrozy. Z angielsko-jezycznej Ghany dotarlam do Togo. Autobusem dojechalam do Lome, nadmorskiej stolicy kraju. Bylo upalnie. Byl to dla mnie pierwszy kraj Afryki Zachodniej francusko-jezyczny. Moja znajomosc francuskiego byla minimalna a wiec bazowalam dalej na angielskim. W miescie natychmiast ponownie wpadlam w atmosfere tysiecy ulicznych miejskich sprzedawcow i kupujacych.

Sprzyjalo mnie jednak szczescie. Pierwszy raz od wielu miesiecy udalo mi sie nawiazac kontakt z czlonkami Servas. Steskniona bylam za zwyklym srodowiskiem domowym i z radoscia skorzystalam z serdecznej gosciny Emmanuela, jego zony, siostr i dzieci. Poznalam ich tradycyjne pyszne jedzenie. Godzinami przygladalam sie pleceniu setek warkoczykow na glowach kobiet. Obserwowalam codzienne ich zycie - praca, szkola,dom. Koffi, prezes Servas, zapoznal mnie rowniez z inna kulkunastu osobowa grupa czlonkow. Niezwyklym sympatycznym przypadkiem bylo spotkanie z Adamem M., mlodym podroznikiem z Polski, tez czlonkiem Servas.

Z nadmorskiego Lome ruszylam w glab ladu, na polnoc Togo. Zatrzymalam sie najpierw w nieciekawym miasteczku Kara. Szybko jednak ucieklam dalej do Kande, sporej ale spokojnej wioski. Okoliczne wioski, tuz przy granicy z Benin, mialy fascynujaca kulture. Mieszkaly tu plemiona Tamberma. Ich unikalne domy, pietrowe, gliniane, "tata", robily wrazenie jakby malych zamkow obronnych. Udalo mi sie zobaczyc jedno z wnatrz takiego domu oraz poznac jego funcjonalnosc. Wysokie sciany, wiezyczki pelniace role spichlerzy, male chatki na pietrze do spania to czesc struktury zabudowania. Tradycyjne wierzenia widoczne byly na scianach - fetysze - kosci, piora, slady krwi i inne. Domy staly w malych grupkach wsrod pol. W okolicy bylo sporo ogromnych drzew baobabow.

Dalsze dni spedzilam wsrod ludzi plemion Lobe, zamieszkalych w okolicy Kande. Wiekszosc czasu uplynela mi w towarzystwie przyjacielskiego Adji, 25 letniego chlopaka. Mowil po angielsku. Jego rodzina - zona, dziecko, rodzenstwo i babcie (dwie zony dziadka), mieszkali niedaleko mojego hoteliku. Ich tradycyjny dom z gliny otoczony byl baobabami. pomagalam im przygotowywac w ogromnym garze, na ognisku, lokalne piwo. Wielokrotnie z radoscia i smiechem popijalismy to piwo, bardzo lekkie, prawie jak lemoniada. Razem wedrowalismy wsrod innych tradycyjnych domow. Wszedzie spotykalam sie z bezinteresowna zyczliwoscia i usmiechem. Rodzina Adji zaakceptowala mnie jako "swoja". Gdy po paru dniach wyjezdzalam do granicy Togo z Burkina Faso u calej rodziny widzialam smutek rozstania sie ze mna. Ja odjezdzalam tez z zalem i uczuciem, ze chcialabym tu kiedys wrocic.

W nastepnym liscie opisze wedrowke po Burkina Faso i Mali.

Z pozdrowieniami, Basia

Powrot do poczatku strony
Afryka - glowna strona

 
Cyganskie Zycie 26 (21 czerwiec 2003)

 

Byl 29 maj. Siedzialam na balkonie drewnianego gorskiego schroniska w Morskim Oku w Polskich Tatrach. Pisalam ten list. Szumialy gorskie potoki i wodospady. Powierzchnia jeziora Morskie Oko, "perly Tatr", byla lekko pomarszczona i polyskiwala w sloncu. Ponad ogromnym jeziorem, lezacym na wysokosci ok 1400 m, pietrzyly sie strome skalne sciany najwyzszych szczytow Polskich Tatr. Rozmyslalam. Patrzac na szczyt Rysy, 2499 m., myslalam o grupie studentow, mlodych wspinaczy, ktorzy tu zgineli tragicznie w lawinie snieznej pare miesiecy temu. Gory byly ich pasja. Byla to pasja z ryzykiem. Los okazal sie okrutny.

W Morskim Oku bylam przez kilka dni z moimi specjalnymi przyjaciolmi, goscmi z Australii. Sandra i jej maz Ian mieszkaja w Canberra. Agata, moja corka chrzetna przyjechala z Melbourne. Kazdy z nas czul na swoj sposob niezwykle piekno otaczajacych gor i przyrody. Jednoczesnie kazdy z nas podazal myslami do wlasnego zycia. Kolejny raz w zyciu mialam swiadomosc jak moje wlasne problemy stawaly sie niewielkie wobec dramatow innych ludzi. Czulam swoje "wyciszenie" wewnetrzne i nawrot radosci zycia. Usmiechalam sie do siebie, do przyjaciol i do innych. Wracalam tez pamiecia do mojego ostatniego odcinka podrozy po Afryce.

Burkina Faso, Mali (I)

Do granicy Togo z Burkina Faso dotarlam kilkoma niesamowicie obladowanymi towarami mini autobusami. Natychmiast uswiadomilam sobie, ze jest to granica krajow "na rozdrozu" wielkiej drogi handlowej Afryki Zachodniej. Setki ciezarowek i handlarzy krecilo sie wokol granicznego pasa jako czesc transportu we wszystkich kierunkach. Cierpliwosc moja wymagala wielkiej wytrzymalosci. Podroz odcinka okolo 250 km od granicy Togo do Ouagadougou, stolicy Burkina Faso zajela mi okolo 9 godzin.

Miasto, jak poprzednie, tetnilo pelnia lokalnego handlu ulicznego na tysiacu straganow. Turystow nie bylo widac. Czulam jakby osamotnienie i wzrastajace napiecie. Moja wizyta na markecie skonczyla sie zaskakujacym mnie agresywnym atakiem na mnie przez mlodego mezczyzne. Powodem bylo zrobienie przeze mnie zdjecia ogolnego markietu na co mezczyzna z boku rzucil sie na mnie, szarpiac mnie za ramie, wyrywajac okulary i chcac wyrwac maly aparat. Na szczescie inni natychmiast rzucili sie z pomoca. Udalo mi sie wyjsc calo ale czulam sie zaszokowana. Czulam wzrastajace wokol mnie napiecie i swoja nerwowosc. Czulam ze jestem w zupelnie innym swiecie Afryki, zdominowanym przez natretnych mlodych mezczyzn. Tak wiec po szybkim zalatwieniu w stolicy wizy do Mali z ulga opuscilam Ouagadougou jadac na zachod do Bobo-Dioulasso miasteczka na poludniu Burkina Faso.

Po drodze poznalam mlodego podroznika z Australii, Gerry, i razem probowalismy poznac okoliczne wioski. Ale nawet w towarzystwie nie mialam szczescia. Wszelkie proby targow o transport lub przewodnika konczyly sie napieciem, agresywnoscia, oszukiwaniem i wygorowanymi cenami. Towarzyszyl temu pozorny ale powierzchowny usmiech. No coz, Burkina Faso zrobila na mnie wrazenie negatywne. Mialam odczucie ze kraj ten spelnia role "korytarza" handlowego i spolecznego Afryki Zachodniej. Spotkalam wiele Afrykanczykow, ktorzy robili wrazenie uciekinierow z pobliskich konfliktowych politycznie krajow afrykanskich. Przy wzrastajacym natrectwie ludzi i rosnacym napieciu ograniczylam wiec swoje dalsze wedrowki. Odpoczywalam, glownie w hotelu oraz przygotowywalam sie do wedrowki po Mali. Mialam nadzieje ze tam bedzie inaczej. Jednoczesnie delektowalam sie ogromna iloscia owocow - paw paw (papaja), pomaranczy, bananow i mango.

13 marca wykupilam bezposredni bilet z Bobo-Dioulasso w Burkina Faso do Mopti na polnocy Mali. Pierwszy raz w Afryce czulam niepewnosc transportu. Na autobusie widzialam naklejki bin Laden oraz .... Madonna! Po kilkugodzinnym rannym czekaniu na wyjazd autobusu w koncu wyjechalam z miasta. Popoludniu przekroczylismy granice Burkina Faso i Mali. Czulam sie podekscytowana. Tak bardzo od dawna cieszylam sie na poznanie tego kraju, ludzi i ich kultury. Ale wkrotce wystapily pierwsze problemy. Okazalo sie ze moj autobus, pomimo wykupionego biletu, nie jedzie do miasteczka Mopti. Musialam sie przesiasc. Bylo juz ciemno. Z lokalna pomoca znalazlam rozklekotany autobus, ktorym po calonocnej jezdzie, dotarlam o swicie 14 marca do Mopti na polnocy Mali.

Stad planowalam pojechac na dwie wyprawy. Drogi i ulice Mopti zdominowane byly przez mezczyzn. Bylam w kraju muzulmanow. Bylam w kraju bardzo biednym a jednoczesnie pelnym natretnych i czesto nieuczciwych i agresywnych mlodych mezczyzn. Czulam wielka roznice w dotyczczasowej wedrowce po Afryce. Czulam ze jako samotna biala kobieta jestem dla wielu mezczyzn wyzwaniem. Dojrzewalam do decyzji aby szybciej opuscic ta czesc Afryki. Ale dotarcie do tak odleglego rejonu mobilizowalo mnie do poznania chociaz minimum tego kraju.

Po znalezieniu noclegu zdecydowalam sie na zwiekszenie ostroznosci i skorzystania z pomocy poleconego lokalnego biura podrozy i ich przewodnikow. Oplaty wypraw z przewodnikiem byly dla mnie ogromne, szokujace w stosunku do lokalnych cen i zarobkow. Czulam jak bardzo trudno bylo mi znalesc porozumienie jako biala kobieta, tu symbol Amerykanki czy Francuski z workami pieniedzy. Po utargowaniu sie w oplatach za oficjalnego przewodnika podpisalam dwie umowy na dwie wyprawy. Pierwsza byla 6-dniowa wedrowka wielbladami na pustynie Sahara, na polnoc Mali, kolo Timbuktu. Planem drugiej wyprawy byla 8-dniowa wedrowka piesza wzdluz plaskowyzu Bandiagara, na wschod od Mopti.

Do Timbuktu, lezacego okolo 300 km od Mopti, dojechalam po calodziennej wedrowce samochodem terenowym. To byl poczatek pierwszej wyprawy. Bylam ze swoim sympatycznym przewodnikiem Abou, Tuaregiem. Byl ubrany w niebieskie, bawelniane ubranie i tradycyjny turban na glowie, oslaniajacy czesciowo jego twarz. Timbuktu lezalo na poludniowym krancu pustyni Sahara, tuz kolo ogromnej rzeki Niger. Juz od czasow starozytnych bylo to miejsce waznego handlu miedzy cala Afryka Zachodnia i krajami Morza Srodziemnomorskimi. Dawniej i teraz glowny transport na tym kilku tysiecznym odcinku odbywal sie przy pomocy karawan, czasem zlozonymi z kilkuset wielbladow. Do Europy przewozono zloto, kosc sloniowa oraz niewolnikow. Spowrotem wielblady obladowane byly drogocenna w Afryce sola, wydobywana na pustyni.

Timbuktu bylo nieduza oaza zycia wydarta srodowisku pustynnym. Nocowalam w domu rodziny Abou, jego zony, siostr, kuzynow i dzieci. Za wysokim murem stal dom zbudowany z piaskoskowca pustynnego. Obok mniejszy dom z gliny oraz dom z plecionych mat - dla dalszej rodziny. Na srodku piaszczystego podworka staly szalasy - kuchnie i jadalnie. Wieczorem, pod gwiazdzistym niebem, na srodku piasku stawiano ..... telewizor! Byl to dowod bogactwa. Wokol niego, na piasku, siedziala cala rodzina i sasiedzi. Dla mnie byla to szokujaca sytuacja. Prosci ludzie ogladali na ekranie filmy amerykanskie oraz reklamy produktow europejskich. Sadzilam, ze dla nich byl to rowniez wielki szok i egzotyka, tak jak i dla mnie ich zycie i srodowisko.

Nastepnego dnia wyruszylismy w Abou na wedrowke po pustyni. Mielismy dwa wielblady. Bylam podekscytowana. Wydmy dochodzily do samych domow w Timbuktu. Przez kolejne dni odwiedzilismy kilkanascie wiosek. Chaty w nich byly proste zrobione z plecionych mat. Podlogami byl piasem. Piasek byl wokol. Tylko wysokosc wydm oddzielala widok od chat lub od kolejnych wiosek Tuaregow. Kobiety i dzieci kryly sie od upalnej goraczki w cieniu swoich chat z uniesionymi w ciagu dnia scianami pozwalajacymi na przewiew. Mezczyzni znikali juz o swicie. Temperatury przekraczaly 40 stopni C. Ociekalam potem.

Nie wiele moglam jesc. Jedna wspolna miska ryzu zmieszana z ziolami oraz dwie drewniane, tradycyjnie rzezbione lyzki do jedzenia zapewnialy nam posilek dwa razy dziennie. Wody znajdowalam dosc. Dodawalam do niej pastylki odkazajace. W ciagu dnia wielokrotnie pilam tez tradycyjna herbate Tuaregow. Wlasciwie to nie byla herbata ale bardzo mocna i slodka esencja herbaciana. Pilo sie ja w miniaturowej szklance, czesto jednej dla wielu osob. Parzenie herbaty odbywalo sie w dlugotrwalym rytuarze, tradycyjnej ceremoni. Glownie herbata byla przygotowywana przez mezczyzn a jej picie bylo specjalnym wyroznieniem dla goscia lub specjalnych domownikow.

Wiekszosc czasu obserwowalam milczaco tak odmienne zycie rodzin Tuaregow. Lezac w cieniu na piasku, odpoczywajac od upalow w srodku dnia lub wieczorem, prowadzilismy dlugie rozmowy z Abou. Opowiadal mi o tradycjach rodzinnych, zwyczajach wioskowych oraz o swoim zyciu. Zasypialam spokojnie lezac na piasku opatulona w spiwor, wpatrzona w miliony gwiazd lsniacych na niebie.

Powrot do Mopti okazal sie ponownie calodzienna wedrowka samochodem przez pustynie i zwykle wyboiste drogi. Mijane okolice, rozlegle pustynne pola, savanna lub tereny gorzyste w wiekszosci zaludnione tylko ludzmi zyjacymi jako koczownicy swiadczyly o niedostepnosci tych terenow od reszty kraju i o nieprzychylnym srodowisku naturalnym. Konczac ta wyprawe myslami bylam juz przy nastepnej trasie do krainy Dogonow. Czulam jednoczesnie ze ten zdominowany kraj muzulmanski nie odbieram z taka sama serdecznoscia jak inne kraje Afryki. Bylam tez swiadoma, ze sytuacja miedzynarodowa staje sie bardzo napieta i wojna w Iraku jest nieunikniona. Czulam wzrastajace napiecie wokol siebie. Postanowilam po nastepnej wyprawie opuscic Mali, szybciej niz planowalam pierwotnie.

Basia Meder

Powrot do poczatku strony
Afryka - glowna strona

 
Cyganskie Zycie 27 (24 czerwiec 2003)

 

Mali (II)

Po powrocie z Timbuktu do Mopti, nastepnego dnia dostalam ze swojej agencji podrozniczej mlodego, 24-letniego przewodnika, Youssoup. Tego samego dnia wyruszylismy na kolejna, 8-dniowa, piesza wedrowke na plaskowyze Bandiagara, w krainie fascynujacej kulturowo ludzi Dogon.

Bylo juz ciemno gdy dotarlismy do pierwszej wioski Kani Kombole. Po drabinie-nacietej belce, przy swietle lampy naftowej, weszlismy na dach glinianego domu. Tu byl nasz nocleg. Czulam niezwyklosc miejsca. Panowala calkowita ciemnosc. Z wioski dochodzilo duzo glosnych dzwiekow, jakby odbywaly sie tam duze zgromadzenia. Rano zrozumialam, ze powstawalo tu specyficzne echo, odbijajace sie od wysokich i stromych skalnych scian plaskowyzu Bandiagara. Glos kilkunastu osob, potegowany przez echo, robil wrazenie otoczenia setek ludzi.

Moja piesza wedrowka miala odleglosc okolo 80 km. Trasa prowadzila z poludnia na polnoc wzdluz skalnego plaskowyzu Bandiagara, rozciagajacego sie na okolo 150 km. Idac w wiekszosci podnozem plaskowyzu chcialam odwiedzic kilkanascie wiosek. Wszystkie zamieszkale byly przez ludnosc Dogon, charakteryzujaca sie niezwyklym artyzmem, szczegolnie rozwinietym w rzezbiarstwie w drewnie. Rowniez ich budownictwo bylo unikalne. Domy zrobione z gliny oraz zbiorniki na ziarna i inne zbiory czesto byly jakby przyklejone do stromych skalnych scian.

W kilku pierwszych dniach odwiedzilam wioski Kani Kombole, Teli, Ende, Yabatalu, Doudourou, Indero Begnimato, Guinimi, Yawa i Nombori. Byly to wioski odizolowane, bez elektrycznosci i drog. Nocowalismy z przewodnikiem w domach wioskowych, wydzielonych dla turystow. W wiekszosci bylam jedynym gosciem.

Wloczylam sie po tych wioskach, czesto kretymi uliczkami, czasem wchodzac do zadymionych i ciemnych wnetrz chat. Wchlanialam zapachy zycia mieszkancow, ktore niekiedy robilo wrazenie ze nie uleglo zmianie od setek lat. Proszona udzielalam pierwszej pomocy na rany lub dajac tabletki przeciwbolowe. Przez mieszkancow przyjmowana bylam bardzo serdecznie. Moj usmiech byl moim jezykiem porozumiewania sie. Dolaczalam sie do prac kobiet ku ich wielkiej radosci. Patrzylam na pomarszczone twarze staruszek robiacych nici z malych bielusienkich wacikow naturalnej bawelny. Bezzebni staruszkowie patrzyli na mnie z zaciekawieniem i prosba w oczach o pomoc medyczna.

Wspinajac sie na skalne sciany powyzej wioski, chodzac w milczeniu wsrod, wiekszosci zruinowanych, zawieszonych przy skalach, zbiornikow na ziarna oraz opustoszalych pomieszczen mieszkalnych - jakby jaskin, rozmyslalam o tajemniczej przeszlosci tych miejsc. Potykalam sie o rozbite misy gliniane, drewniane lub kamienne. Stare drewniane belki-drabiny prowadzily mnie czasem do zaulkow gdzie znajdowalam resztki dawnego zycia ludzkiego. Byly tu dekoracje, resztki plecionych koszy, sznurki z kory baobabow, ozdoby, piora oraz fetysze, np czaszki koz wklejone glina w skalna sciane. Niewatpliwie bylo to miejsce - raj dla etnografow i archeologow. W tym jakby zaczarowanym swiecie cofalam sie moze i o tysiac lat ......

Niestety moje wysluzone aparaty odmawialy mi posluszenstwa. Pozostala wiec milczaca obserwacja i pelne tajemniczosci refleksje oraz pozniejsze notatki. Rowniez nie mialam szczescia z przewodnikiem. Youssoup nie umial mi wiele powiedziec o historii tych terenow jak rowniez nie ulatwial mi kontaktow wsrod mieszkancow. Byl glownie zainteresowany poprowadzeniem mnie do malych sklepikow ze sprzedaza wyrobow dla turystow. Jego angielski okazal sie tez bardzo ograniczony. Udawal ze rozumie ale wiedze mial ograniczona. No coz, bylam cierpliwa i stale z usmiechem.

W wiosce Ende nocowalam u muzulmanskiej rodziny Youssouop. Poznalam jego ojca z dwoma zonami i kilkanascioro rodzenstwem. Gdy chcialam zrobic zdjecie Youssoup z jego matka szybko zorientowalam sie ze ma wielka rezerwe do kobiet nawet wlasnej matki. Wierzylam jednak ze do mnie zachowa szacunek jako bialej kobiety i osoby oplacajacej cala wyprawe. W domu jego otoczona bylam nedza, brudem i smutkiem. Obie kobiety, zony ojca, pracowaly jak niewolnice. Siedzac godzinami przy jego matce stale zadziwial mnie jej lagodny usmiech, pogodzenia sie z losem.

W calej wyprawie jedlismy skromnie, rekoma, zwykle z jednej miski. Najczesciej byl to ryz z dodatkiem sosu z jarzyn. Do codziennych oblucji sluzyl zwykle plastikowy, kolorowy, w paski czajnik wypelniony woda. Ilosc wody w czajniku wystarczala na codzienna toalete jednej osoby lub wiecej. Przed i po jedzeniu zawsze myto rece.

W kazdej wiosce odbywal sie raz w tygodniu market. Udalo mi sie byc na kilku. Przestrzen markietu wypelniona byla wielobarwnym tlumem kobiet, czesto przychodzacymi z odlegych wiosek, niosacych caly towar w koszach na glowie. Byly to jakby wielkie spotkania towarzyskie.

W wiosce Doundouru moj przewodnik zaprowadzil mnie na nocleg gdzie bylo kilkunastu mlodych mezczyzn. Mieszaly sie tu srodowiska muzulmanskie, chrzescijanskie i lokalne tradycyjne. Grala glosna muzyka. Mezczyzni popijali lokalne piwo, tanczyli ze soba i bez ustanku godzinami glosno rozmawiali. Czulam sie w tym meskim srodowisku bardzo zle. Odlaczylam sie wiec szybko i spokojnie i polozylam spac. Przez wiele godzin do poznej nocy moje spanie bylo jednak niemozliwe poprzez ogromny halas.

Nastepnego dnia idac wsrod duzych lasow baobabow oraz sciezek gorskich nabieralam nowych sil i staralam sie utrzymac optymizm. Czulam jednak, ze moj kontakt z Youssoup, przewodnikiem, stawal sie coraz trudniejszy. Ociagal sie z rannym wyjsciem a w ciagu dnia, w wielkim upale, wedrowka byla znacznie trudniejsza. Ciagnal mnie do swoich mlodych znajomych, czesto robiacych na mnie podejrzane wrazenie. Mieszkali oni zwykle na skrajach wiosek ale pochodzili z innych rejonow lub nawet innych krajow Afryki Zachodniej, szczegolnie tam gdzie toczyly sie wojny lub byly lokalne zbrojne konflikty. Powoli stawalam sie bardziej zniecierpliwiona czujac jak bardzo on ograniczal mi mozliwosci poznania mijanych okolic i ludzi. Czulam sie jakbym byla w pulapce i tracilam poczucie bezpieczenstwa.

W koncu, w wiosce Bagnetowo, czulam sie zmuszona otwarcie porozmawiac z nim. Na poczatku bylam spokojna ale zdecydowana nawet na zerwanie kontraktu. Mielismy przed soba jeszcze 4 dni wedrowki. Ku mojemu zaskoczeniu Youssoup okazal reakcje agresywna, lekcewazaca i arogancka. Z jednej strony czulam swoja bezradnosc ale stale wierzylam w siebie. Zdecydowalam sie jednak podziekowac mu za przewodnictwo. Czulam sie zdruzgotana i przygnebiona. Mialam pecha. Jednoczesnie pamietalam ze moj ksiazkowy przewodnik Lonly Planet stwierdzal ze wedrowka bez przewodnika w tym rejonie jest bezpieczna. Po wielogodzinnych przemysleniach zdecydowalam sie ruszyc dalej sama, z niewielka rezerwa pieniedzy, do nastepnej wioski. Dalej chcialam brac lokalnych przewodnikow z wioski do wioski.

Tak wiec, 25 marca, okolo 7 rano, wyszlam sama z wioski Begnimato. Szlam na polnoc do wioski Guinimi oddalonej okolo 5 km. Pod usmiechem krylam przygnebienie i strach. Szlam szybko. Zbieralam w sobie odwage aby jak najszybciej dotrzec do pierwszego celu. Mijalam wiesniakow. Serdecznie pozdrawialismy sie ale ja stale bylam wylekniona. Mijane kobiety z radosnym usmiechem wskazywaly mi dalsza droge.

Szlam szybko gdy nagle na sciezce, w bezludnej okolicy, po polgodzinnej wedrowce, stanal przede mna wysoki mezczyzna z duzymi grabiami w reku. Zagrodzil mi droge. Nadszedl nagle z gor. Okazalo sie ze byl naslany z wioski Begnimato, ktora rano opuscilam. Zadal pieniedzy za napoje, ktore nabyl Youssoup. Udajac spokoj odmowilam pieniedzy powtarzajac ze cale moje pieniadze ma Youssoup. Po krotkiej szarpaninie i moim udaniu ze chce go ugrysc w reke on w koncu ustapil. Powtarzalam imie Yossoup i policja. On nagle stal jak zachipnotyzowany. Wycofywalam sie idac tylem i patrzac na niego. Bylam przerazona ale udawalam spokoj. Gdy odleglosc zwiekszyla sie na kilka metrow odwrocilam sie i zwiekszylam tempo, niemalze bieglam, idac w kierunku wioski Guinimi. Mezczyzna zawrocil. Mialam szczescie i bezpiecznie dotarlam do wioski.

Zatrzymalam sie w chacie gdzie przygotowano mi posilek - ryz z sosem oraz herbate. W cieniu polozylam sie milczaco na macie na ziemi. Bylam roztrzesiona ale udawalam spokoj. Dolaczyl do mnie mlody, 15-letni student, Assou. Mowil swietnie po angielsku. Pomogl mi w porozumiewaniu sie. Odetchnelam z ulga. Zgodzil sie byc moim przewodnikiem na dalsza trase. Po paru godzinach odpoczynku, czujac sie troche lepiej razem z Assou ruszylam do wyjscia.

Nagle, przy wyjsciu, przed nami pokazalo sie dwoch mlodych mezczyzn. Wygladali agresywnie. Szli prosto do mnie. Rozmawiali z Assou. Jego twarz blyskawicznie zmienila sie. Widzialam na niej przerazenie i strach. Tlumaczyl mi ze oni glosno i agresywnie zadaja abym natychmiast szla sama z nimi. Stwierdzili, ze zostali przyslani przez Youssoup. Udajac spokoj odmowilam. Bylam wsrod ludzi a wiec czulam sie pewniej. Pomimo tego ich natarczywosc i agresja byla duza. Zdecydowalam sie poprosic o pomoc starszyzny w wiosce. Moi przesladowcy nie odstepowali mnie. Doszlo nawet do szarpaniny. W oczach Assou widzialam lzy przerazenia. Grozono mu za pomoc dla mnie. Zmuszony zostal do odejscia. U innych widnial tez strach. Bezradna schronilam sie w jednym z domow wsrod starszych mezczyzn. W koncu obaj przesladowcy odeszli.

Przeczekalam pare dalszych godzin w wiosce, wsrod ludzi na markecie. Nastepnie ruszylam przed siebie majac nadzieje znalezienia bezpiecznego noclegu lub przewodnika do nastepnej wiekszej wioski, Nambori, oddalonej okolo 5 km. Nie czulam sie bezpiecznie w zadnym mijanym domostwie. W jednym spedzilam troche wiecej czasu zaprzyjazniajac sie z mieszkancami. Tam spotkalam mlodego mezczyzne, Moussa, ktory zgodzil sie zaprowadzic mnie bezpiecznie do wioski Nambori. Poznym popoludniem ruszylismy przed siebie. Szlismy bardzo szybko. Droga czesto prowadzila przez piaszczyste wydmy, dochodzace do skalnych scian. Nogi uginaly sie pode mna, ale ratunek widzialam tylko przed soba. Moussa dal mi do zrozumienia, ze moi przesladowcy sa dobrze znanymi bandytami, a wrecz mordercami, terroryzujacymi od dawna mieszkancow okolicznych wiosek. Mnie cierpla skora. On tez bardzo sie ich bal ale gotow byl pomoc mi. Prosil tez aby zabrac go dalej, wyrwac z tych okolic.

Gdy doszlismy do szczytu ogromnych wydm i zobaczylismy w dole, w odleglosci okolo 2 km, chaty wioski Nambori poczulismy oboje ulge. Ja z radosci krzyknelam, podnoszac rece do gory. W tym samym momecie, odwracajac sie, zobaczylismy na sciezce za nami dwie postacie. To byli moi przesladowcy, bandyci. Mossou zamarl w bezruchu, ja tez. Siadlam bezradnie na piasku. I wtedy zaczal sie moj dramat. Natychmiast zagrozili nozami Mossou, zmuszajac go do natychmiastowej ucieczki. Zostalam sama. Krzyczalam o pomoc. Krzyczalam z calych sil. Ponad pol godziny walczylam o swoje zycie. Bandyci ciagneli mnie glowa w dol po ziemi. Dusili. Przystawiali noze do gardla. Sponiewierali. W koncu jeden znalaz pieniadze w moim plecaku. Mialam ich niewiele ale to jakby uspokoilo ich troche. Nagle zaczelam wzywac Boga (po angielsku) aby ocalil moje zycie. Oszolomiona patrzylam na zmiane ich twarzy. Ze zwierzeco dzikich, diabelskich rysow zamieniali sie w potulnosc. Tak jakby na dzwiek slowa Bog zarea! gowaly diably oblane swiecona wo

Szybko zaopiekowano sie mna. W porozumieniu pomogla mi Sylvia, mloda Francuzka, jedyna turystka. Patrzac na gwiazdziste niebo czulam sie jakby sparalizowana i odretwiala. Noc mialam bezsenna. Zrozumialam ze byl to dla mnie tragiczny koniec fantastycznej wedrowki po Afryce. Czulam ze musialam natychmiast opuscic Mali i Afryke. Zdecydowalam sie jak najszybciej dotrzec do cywilizacji, aby dotrzec do Polski.

O swicie nastepnego dnia zorganizowano dla mnie eskorte przez gory. Musialam najpierw isc pieszo do szczytu plaskowyzu. Bylo mi trudno ale nie mialam wyboru. Dalej czekal na mnie chlopak na motorowerze. Wyboistymi drogami, ja siedzac na bagazniku, po kilku godzinach dotarlismy do miasteczka Bandiagara. Stad dostalismy sie w koncu do samochodu i poznym popoludniem dotarlismy do posterunku policji w Mopti. Bylam kompletnie wyczerpana i obolala. Kolejne wywiady trwaly kilka godzin. Dodatkowa trudnosc byl jezyk angielski, dla nich nie znany. Moj francuski byl zerowy. W koncu, pozno w nocy, odwieziono mnie do spokojnego i bezpiecznego hotelu. Dyrektor biura podrozy calkowicie zaopiekowal sie mna. W kolejne dni najwyzsze wladze lokalne przeprowadzaly kolejne wywiady ze mna . Przepraszaly w imieniu swoim i calego narodu za cale zajsce. Mnie nie robilo sie lzej. Bylam w szoku ale izolacja i spokoj pomagaly mi w odzyskaniu sil. Stale balam sie dalszych napadow. Uda! lo mi sie wyslac email do Austra

Po paru dniach, po wszystkich moich informacjach i po natychmiastowej akcji lokalnej zandarmerii, obaj bandyci zostali ujeci i zaaresztowani. Czekaja na sprawe sadowa. Za napad z bronia czeka ich duza kara. Dla mnie byla to czesciowa ulga ale glownie mialam swiadomosc ze dzieki temu uwolniona zostala od agresji i zbrodni lokalna ludnosc wiejska liczaca setki czy tysiace mieszkancow. Ci bandyci, okazalo sie, grasowali tu od dawna i byli wielkim postrachem przerazonych ale milczacych mieszkancow.

Po paru dniach, pierwszym mozliwym samolotem dotarlam z Mopti do Bamako, stolicy Mali. Ukrylam sie w misji katolickiej. Przypadkowo poznalam mloda polska misjonarke, Gosie F. Wsparla mnie bardzo i dodala odwagi na dalsza droge. W dniu wyjazdu, tuz przed wylotem do Polski, odkryly mnie naczelne wladze Mali. Nagle, ku mojemu i ksiezy zaskoczeniu, przyjezdzali ministrowie, przepraszajac osobiscie za cale wydarzenie w gorach. Czynili to w swoim imieniu, prezydenta, powiadomionego juz o wszystkim, oraz w imieniu calego narodu. Ja bylam caly czas w szoku, ledwie poruszalam sie ale przyjmowalam ich slowa z ulga. Udostepniono mnie tez wygodna poczekalnie na lotnisku skad zabrano mnie bezposrednio do samolotu.

Rozmyslajac mialam swiadomosc, ze cale 388 dni spedzone w Afryce byly dla mnie ogromnie wzbogacajacym doswiadczeniem. Dzien 389 okazal sie tragiczny i pechowy. Moj Aniol Stroz chyba zagapil sie. Mialam jednak wielkie szczescie - darowano mi zycie! Wisialo na wlosku. Lokalne wladze dziwily sie jak z tego wyszlam. Sadze ze mloda kobieta nie miala by takiej szansy. Od chwili rozpoczecia mojej wedrowki po Afryce bylam swiadoma tego ryzyka zwiazanego z moja pasja podrozy. Staralam sie minimalizowac to ryzyko, byc ostrozna, nie prowokowac. Nie udalo mi sie jednak uniknac dramatu. Mialam jednak swiadomosc ze tego rodzaju napad mogl sie zdarzyc wszedzie na swiecie.

Ja przeciez spotkalam tysiace ludzi w Afryce, czesto prostych, ubogich w znaczeniu ekonomicznym a jakze wspanialych i bogatych w swoim czlowieczenstwie. I takich Afrykanczykow bede wspominac. Sadze tez, ze pewnego dnia wroce do Afryki. Czas pokaze gdzie i kiedy. Siniaki znikly szybko. Teraz mam nadzieje ze wszystkie inne rany zagoja sie tez szybko.

Konczac ten list w Warszawie w Polsce jestem nie tylko szczesliwa ze darowano mi zycie. Lzy radosci lecialy mi po kolejnych badaniach. Wyniki wykazywaly ze nie mialam polamanych zeber, innych kosci ani zadnych widocznych i trwalych uszkodzen ciala i zdrowia. Po kilku tygodniach reakcje po wstrzasie mozgu stopniowo mijaly. Obtluczony kregoslup prostowal sie i zdawal egzamin na wedrowce w Tatrach. Moje aparaty przezyly ten napad tez niezle i po naprawie, oprocz jednego, juz sluza do rejestrowania moich dalszych przezyc.

Teraz, objadam sie kilogramami (!) pysznych, pachnacych i swiezych polskich truskawek oraz czeresni. Spaceruje wsrod pieknie pachnacych kwiatow - peoni, groszku pachnacego i roz. Czuje jak bardzo jestem szczesliwa chociaz stale nie w pelni ze swoja stara energia. Staram sie zyc pieknem i pelnia kazdego dnia. Staram sie nie odkladac szczescia i bogactwa doswiadczen "na jutro". Jesli moge to wzbogacam sie "dzis" i kazdego dnia. I tego rowniez zycze wszystkim moim przyjaciolom i czytelnikom.

Na zakonczenie tego listu pragne bardzo serdecznie podziekowac kilku zaprzyjaznionym osoba, ktore tak bardzo pomogly mi w Polsce w tych trudnych dwoch miesiacach. Po pierwsze dziekuje mojej cierpliwej 83-letniej Mamusce oraz mojemu bratu Wieskowi. Oboje, z serca, czasem chcieli zakarmic mnie na smierc podsuwajac tysiace smakolykow.

Dziekuje Jackowi K., kuzynowi, odbierajacemu mnie z lotniska. Dziekuje Basi Z., lekarce, krazacej ze mna po badaniach i wspierajacej medycznie i przyjacielsko. Dziekuje Grazynie i Teresie P. (mama i corka) za wielokrotny transport, wsparcie moralne, cierpliwosc i wszystkie razem spedzone chwile w pieknych brzozowych lasach podwarszawskich. Dziekuje Danusi W., kuzynce, za bezinteresowne udostepnienie mi jej nowo wyremontowanego dodatkowego mieszkania. Dalo mi to tak wazny dla mnie spokoj, wlasna przestrzen osobista i prywatnosc. Dziekuje Ani W. (corce) za wsparcie moralne, pozyczony komputer oraz za cala gotowosc wykonywania wszystkich tlumaczen polsko-angielskich.

Dziekuje tez wszystkim, ktorzy przyslali do mnie karty i listy oraz telefonowali. Pragne zebyscie wiedzieli jak bardzo cenne dla mnie bylo to wsparcie. Wiem ze myslami byliscie ze mna i ja zawsze zostane z Wami. Przyjazn jest najwspanialszym uczuciem.

To jest ostatni moj list "z trasy" po Afryce. Nastepny list bedzie ostatni, podsumowujacy cala moja afrykanska przygode. Jednoczesnie mam nadzieje ze uda mi sie wkrotce umiescic troche zdjec na internecie. Stale czekam na swoje przesylki z filmami wyslane w Ugandzie i Etiopii. W Warszawie 12 i 13 czerwca odbyly sie juz dwa moje spotkania publiczne ze slajdami z pierwszej czesci podrozy. Nastepne przygotuje we wrzesniu. Dla mnie byly to chwile wspomnien z fantastycznej pierwszej czesci mojego cyganskiego zycia - wedrowki po Afryce.

Basia

 
Cyganskie Zycie 28 (15 lipiec 2003)

 

Samotnie z plecakiem przez Afryke

13 miesiecy, 20 krajow

Drodzy Przyjaciele,

Samotna wedrowke z plecakiem po Afryce rozpoczelam 2 marca 2002 a zakonczylam 3 kwietnia 2003. Od wiekow kontynent ten fascynowal, zachwycal i pobudzal wyobraznie mieszkancow calego swiata. Jednoczesnie budzil on strach. Od wielu lat ja mialam tez podobne uczucia. Po zdobyciu swojego doswiadczenia podczas 13 miesiecznej wedrowce zdobylam pelna swiadomosc ze i moja ogolna wiedza o Afryce byla bardzo ograniczona lub ukierunkowana przez rozne publikacje. Moje doswiadczenia tak bardzo odbiegaly od wielu opisow. Odwiedzilam 20 krajow, jadac od poludnia na polnoc Afryki – South Africa, Madagascar, Lesotho, Swaziland, Mozambique, Namibia, Botswana, Zimbabwe, Zambia, Malawi, Tanzania, Kenya, Uganda, Rwanda, Ethiopia, Egypt, Ghana, Togo, Burkina Faso oraz Mali.

Afryka jest ogromna, ma ponad 50 krajow, ale w nich zyje tysiace zroznicowanych grup kulturowych, jezykowych i religijnych. Krajobraz kontynentu jest rowniez ogromnie zroznocowany. Sa ogromne lasy tropikalne, w ktorych udalo mi sie wedrowac i podpatrywac gorskie goryle (Rwanda) czy plochliwe lamury (Madagascar). Duza czesc Afryki pokrywaja pustynie. Na pustyni Namib (Namibia) zsuwalam sie ogromnymi krokami po stromych, czasem ponad 300 metrowych wydmach. Na pustyni Sahara (Mali) piaszczysty krajobraz i zyjacych tam ludzi ogladalam z grzbietu wielblada.

Dla kontrastu wedrowalam wsrod wysokich, czasem osniezonych gorskich szczytow (Afryka Poludniowa, Lesotho, Kenia, Etiopia). Bedac przy zyciodajnych i ogromnych rzekach kontynentu jak Nil (Egipt) i Niger (Mali) plywalam wplaw lub na tradycyjnych lodziach. Siedzac na piaszczystych brzegach wyspy Likoma (Malawi) nad jeziorem Malawi, dlugosci 700 km, mialam wrazenie ze jestem otoczona oceanem. Tak, w Afryce sa najwieksze i najglebsze jeziora swiata. Pelna, wrecz dziecinnej emocji i radosci, przezywalam gdy zwiedzalam kolejne parki narodowe z ogromna iloscia zwierzat afrykanskich (Namibia, Zimbabwe, Kenya, Rwanda, Uganda). Afryka posiada najwieksza ilosc zwierzat na calym swiecie, w tym wiele bardzo unikalnych jak goryle, szympansy, lemury. Do tego wielkiego bogactwa natury dochodza wielkie zloza diamentow, zlota, wielu kamieni polszlachetnych oraz cennych surowcow naturalnych jak zelazo, miedz, ropa, gaz itd.

Jest to niewatpliwie ogromnie bogaty kontynent otoczony wieloma tajemnicami, historii i natury. Jest to jakby wielki skarbiec strzezony przez tych ktorzy czerpia z niego wielkie zyski od niepamietnych czasow. Do tego dochodzi wspolczesna historia, szczegolnie ta po latach szescdziesiatych, gdy wiekszosc krajow afrykanskich uzyskala niepodleglosc od wplywow europejskich. Pozniej, bogactwo krajow afrykanskich zostalo dodatkowo wykorzystywane przez indywidualnych przedstawicieli krajow Afryki lub nieduze grupy, skupione glownie w wielkich miastach. Ogolne zycie ludzi w odleglych wioskach czesto nie uleglo zmianie przez ostatnie setki lat. Oni nie maja dostepu do tych niezwyklych bogactw natury i surowcow.

No coz, moglabym napisac wiele moich rozmyslan, obserwacji i uwag po tak niezwykle wzbogacajcej 13 miesiecznej wedrowce. Nauczylam sie bardzo duzo ale stale mam swiadomosc, ze jest to czesto wiedza powierzchowna i nie chcialabym nic uogolniac. Moje listy "Cyganskie Zycie" (www.basia.meder.net – Africa) byly tylko moja osobista opinia i obserwacja. Ten list stalby sie tez zbyt dlugi. Tak wiec podsumuje najwieksza wartosc mojej wedrowki. Byly to spotkania z ludzmi.

Wedrujac prostymi, lokalnymi srodkami transportu bylam w wiekszosci bardzo blisko mieszkancow 20 krajow Afryki. Bylam gosciem w wielu domach, miejskich mieszkaniach lub wiejskich, tradycyjnych chatach. Jadlam zroznicowane, lokalne potrawy, czesto z jednej miski, rekoma. Czulam sie jakbym odwiedzala swoje rodziny, krewnych i przyjaciol. Wielokrotnie dzieci wolaly na mnie "babcia", mlodzi ludzie odnosili sie do mnie jak do matki. Czulam, ze bylam uprzywilijowana akceptacja w wielu rodzinach lub wioskach. Nie mielismy czasu na konwencjonalne, grzecznosciowe ale czasochlonne kontakty.

Jako fotograf zafascynowana spontaniczna obserwacja nawiazywalam instynktowny kontakt. Bylam wlaczana w rodziny. Bawilam sie z dziecmi. Gotowalam z kobietami. Tanczylam z nimi. Wlaczalam sie w prace polowe mezczyzn. Pilam lokalne piwo z niejednego naczynia, czesto z tykwy. Staralam sie byc wyczulona na lokalne zwyczaje. Rowniez zachowywalam pelen szacunek dla mieszkancow i ich tradycji.

Do tego mialam szczescie uczestniczyc w wielkich lokalnych tradycyjnych uroczystosciach jak "Taniec Trzcin" (Reed Dance) w Swaziland czy Herero Day – Dzien Herero w Namibi.

Sadze, ze moja kolekcja fotograficzna daje duzy wyraz tych doswiadczen. Wielokrotnie udalo mi sie ujac na filmach tradycyjny rytm zycia ludzi czesto na odleglych, prostych wioskach zyjacych w wielowiekowych tradycjach i zwyczajach, bez elekrycznosci, nam niezbednych wygod i z minimalnym wplywem swiata zewnetrznego, glownie europejskiego lub amerykanskiego. Nasze kontakty byly proste, naturalne i tacy sa ci ludzie na moich zdjeciach – naturalni, usmiechnieci, wrecz radosni, ujmujacy swa prostota. Robiac zdjecia pragnelam tez udokumentowac dume i godnosc ludzi krajow Afryki. Tak czesto przed i po swojej wedrowce po Afryce slyszalam wrecz obrazliwe i jak bardzo nieprawdziwe okreslenia ludzi tego kontynentu. Mam nadzieje ze moje listy, moje obserwacje i moze pewnego dnia napisana przeze mnie ksiazka zblizy ludzi innych kontynetow do mieszkancow Afryki. Dla mnie niewatpliwie Afryka stala sie kolejnym kontynentem na ktorym bardzo powiekszylam grono swoich przyjaciol. Oni nauczyli mnie tak duzo.

Mam tez pelna swiadomosc, ze nie tylko moje zycie ulegalo wielkiemu wzbogaceniu i poznawaniu nowych wartosci. Czulam i obserwowalam jak moja obecnosc lub moja osobowosc wplywala na mieszkancow wielu krajow. Bylam pelna entuzjazmu dla powstalego w czasie mojej wedrowki marzeniu aby opublikowac kilka ksiazek z opowiadaniami i poezja napisana przez ludzi z Afryki, w ich jezyku z angielskim tlumaczeniem. Marzylam o dokumnetacji fotograficznej. Nie bylam pewna czy entuzjazm i wytrwalosc innych dorowna mojemu. I tak z radoscia wiem ze rozpoczety proces zbierania opowiadan trwa. Mieszkancy wyspy Likoma w Mali przysylaja mi kolejne materialy o swoich tradycjach i zyciu. Dotarly do mnie tez materialy z Madagascar. Sadze ze materialy w Zambii tez pokaza sie wkrotce. Materialy sa juz wpisywane na komputer i wstepnie opracowywane. Wiem, ze mam wielkie wsparcie i wspolprace u Sandra H. z Australii. Wierze ze zdobede dalsze wsparcie i sama bede miala dosc sil do zrealizowania tych projektow do konca. Bylaby to wielka s

Mam tez nadzieje, ze te ksiazki moga stac sie czescia procesu w poprawie wzajemnego zrozumienia sie z ludzmi calego swiata. Ze odmiennosc koloru skory, zwyczajow lub sposobu zycia moze zblizac a nie dzielic.

I tym akcentem pragne pozegnac sie ze wszystkimi wytrwalymi czytelnikami moich listow z wedrowki po Afryce. Jest to ostatni list grupowy. Moje cyganskie zycie bedzie trwalo przez wiele dalszych lat. Stale buduje swoje dalsze marzenia, niezaleznie jak czasem staja sie trudne. Teraz wiem ze po ostatnich doswiadczeniach, niestety przykrych, w Afryce potrzebuje wielu dalszych miesiecy na dojscie do swojej dobrej formy fizycznej. Ale juz stawiam sobie kolejne wyzwania, wedruje z plecakiem, w latwiejszy sposob, i nie wstrzymuje dalszych marzen. Stale mysle jak moge ulepszyc i wzbogacic sama siebie. Daze do tego jak wzbogacic tez i zycie innych na calej naszej Planecie.

Zycze wszystkim nieskonczonej ilosci marzen i ich realizacji. Zycze aby Wasze zycie przebiegalo w szczesciu, zdrowiu i pokoju wewnetrzym i na calym swiecie. No i moze do zobaczenia …..gdzies …. kiedys…….

Z serdecznymi usciskami i ucalowaniami,

Basia



Basia Meder - To live lifetime each day

Post address: PO Box 567, Dickson, Canberra, ACT 2602, Australia
Email address: basia@meder.net Web Site: www.basia.meder.net

Christopher Meder - EON Consultancy / Business Manager
w - www.eon.com.au
e - chris.meder@eon.com.au
t - + 0414 292952

EON Consultancy - "The Alternative IT Solution"
Network Security Measures, Virus Prevention and Removal, Dynamic Backup Solutions , PC & Network Support, Intranets and Extranets, Groupware Solutions, Web Site and Graphic Design, Database Development.